All Them Witches: Nothing as the Ideal

Amerykańska grupa All Them Witches wydała właśnie swój szósty studyjny album, zatytułowany Nothing as the Ideal. Udostępnione przed premierą single zapowiadały bardzo solidne wydawnictwo, a ja, jako wieloletni fan tej formacji, miałem bardzo wysokie oczekiwania. Czy warto było czekać? Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć, więc na początek napiszę krótko – i tak i nie.

Lubię ciężką muzykę. Nawet taką, która potrafi wręcz przytłoczyć swoją „wagą”. Ale musi być przedstawiona w ciekawej formie, nie może być monotonną nawałnicą dźwięków. Zróbmy więc pauzę i pozwólcie, że od razu wyjaśnię jedną sprawę, aby mnie dobrze zrozumiano (często jest odwrotnie, muszę się tłumaczyć, a potem w oczach rozmówców wychodzę na ignoranta). Nie znoszę, wręcz nie cierpię, wyrażę się kolokwialnie, „naparzanki”. Zwłaszcza takiej, która nie prowadzi do żadnego celu, a przyświeca jej jedynie zwyczajne „czym mocniej i głośniej, tym lepiej”. Takie podejście nie ma dla mnie żadnego sensu (i tu słyszę od razu „chodzi o to, by rąbało” ). Ja tego nie rozumiem. Kiedy słucham muzyki, to jej SŁUCHAM. I „jara mnie” każdy detal, każdy niuans i jakakolwiek inna „pierdoła”, która sprawia, że ta muzyka ma sens. I nawet po dużych ilościach napojów wyskokowych moje czucie dźwięku nie ulega zmianie. Niestety większość kapel, z którymi miałem kontakt, gra po prostu nudno. A mnie nudne granie „nie kręci”. I mam tu na myśli wszystkich artystów, zajmujących się ciężką muzyką; nieważne czy chodzi o hard rock, metal czy wszystkie inne odmiany ostrego brzmienia, o których nawet nie słyszałem. Wierzcie mi, może, a nawet powinno „rąbać”, ale niech to będzie interesujące. Na szczęście, co jakiś czas „wpadam” na zespoły, które grają intensywnie, ale robią to niesamowicie atrakcyjnie. Zamiast jednego wielkiego hałasu, można usłyszeć każdy instrument, każdy pojedynczy dźwięk. W trakcie nawet najbardziej intensywnego momentu można „wyłapać” każdy niuans i mieć pewność, że dźwięki prowadzą w nieznane i w każdej chwili mogą zaskoczyć. Tak grają, m.in. Causa Sui, Mondo Drag czy właśnie omawiani All Them Witches. I wierzcie mi, „rąbią” niesłychanie dobrze.

Twórczość All Them Witches poznałem w 2015 roku, przy okazji premiery trzeciego krążka w dyskografii – Dying Surfer Meets His Maker. Zauroczyłem się tymi dźwiękami od razu. Ale zacznijmy od początku. Zespół powstał w styczniu 2012 roku w Nashville w Stanie Tennessee (w składzie: Charles Michael Parks Jr, Robby Staebler, Ben McLeodAllan Van Cleave) i jeszcze tego samego roku muzycy podpisali kontrakt z niemiecką wytwórnią Elektrohasch Schallplatten, która zajmowała się głównie muzyką z gatunku acid rock. Co ciekawe, byli pierwszymi Amerykanami w historii wydawnictwa, którzy podpisali z nim kontrakt. Kilka miesięcy później ukazał się ich debiut Our Mother Electricity. Świetny album w całej swojej okazałości. Otwierający utwór Heavy/Like a Witch zdefiniował brzmienie zespołu, które obecnie znamy. Przytłaczające, ale pełne ekscytujących zdarzeń. Na tyłach czuć ten charakterystyczny ciężar stoner rocka, a na przedzie zagrywki rodem z hard rocka lat sześćdziesiątych. Do tego niebanalny aranż oraz wokalista o bardzo klimatycznej barwie głosu, który śpiewa, a nie „drze się, ile mu natura dała” (o tym nie wspominałem? Tak, tego też nie lubię). Potrafią też zagrać wolniej i oszczędniej, ale nadal z tym charakterystycznym ciężkim „tupnięciem”. W twórczości All Them Witches cały czas coś się dzieje. Każdy pojedynczy instrument odgrywa swoją rolę w starannie przemyślany sposób. Wszystkie te aspekty sprawiły, że stałem się fanem Amerykanów, którzy wykreowali bardzo unikalny styl grania. Wydane później, wspomniane już Dying Surfer Meets His Maker czy Sleeping Through the War oraz ATW, spotęgowały tylko moje oczekiwania wobec przyszłego wydawnictwa. No i w końcu jest.

I tu zaczyna się mój problem. Nothing as the Ideal jest naprawdę dobrym albumem, ale czuję się dość mocno zawiedziony. Zacznijmy więc od tego, co dobre. Płytę otwiera Saturnine & Iron Jaw, które było zarazem singlem promującym krążek (właśnie ten numer tak bardzo nakręcił mnie na to wydawnictwo). Spokojne intro, które po chwili „daje w mordę”, przeobraża się w ścianę dźwięku i niczym nieskrępowana mknie przed siebie. Tempo momentami zwalnia, aby po chwili ponownie przyspieszyć. Prowadzi nas przez to wszystko barwny głos Charlesa Michaela Parksa Jr, który jest obecnie jednym z ciekawszych wokalistów. Każdy dźwięk sprawia ogrom frajdy (czy tylko ja wyczuwam tu klimat kapeli OSI – Office of Strategic Influence?). Linia gitary to mistrzostwo świata. Podoba mi się też kolejny Enemy of My Enemy, który jest zagrany w jeszcze szybszym tempie. Tu na wierzch wysuwają się wokal, a przede wszystkim gitara, która co chwilę zaskakuję artykulacją. Everest jest zupełnie niepotrzebny (nie rozumiem powodu pojawienia się tego utworu na płycie). Możliwe, że twórcy chcieli na chwilę wyhamować z tempem, jakie narzucili wcześniej. Wydaję się to zbędne, zwłaszcza przed kolejnymi numerami: See You Next Fall oraz The Children of Coyote Woman. Oba są chyba najbardziej „allthemwitchesowe” z całego albumu (oczywiście w moim odczuciu, gdyż to właśnie z Dying Surfer Meets His Maker rozpocząłem przygodę z tym zespołem, a te dwa utwory bardzo mi tamtą płytę przypominają). Są znacznie wolniejsze, wręcz uspokajające. Chociaż przy tym drugim zabrakło mi ciekawszej drugiej połowy. Tu kończymy to, co dobre i zaczynamy to, co może i dobre, lecz nie dla mnie. Znalazłbym jeszcze kilka ciekawych smaczków w utworach 41 lub Lights Out, ale są to jedynie marginalne zachwyty. Podobnie jak Rats in Ruin, są dziwnymi tworami, które zupełnie nie pasują mi do kalibru tej kapeli. Na końcu płyta się mocno „rozjeżdża” i oprócz wymienionych na początku mocnych stron, reszta pozostawia wiele do życzenia. Niby czuć tu starym dobrym All Them Witches, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że zespół utracił nieco swojej unikalnej muzycznej tożsamości. Wyczuwalny jest brak klawiszy – w 2018 roku z zespołem pożegnał się Allan Van Cleave, a jego miejsce zajął Jonathan Draper, który postąpił identycznie, zaraz po nagraniu albumu ATW. Wtedy muzycy zdecydowali się pozostać triem. Czy to była dobra decyzja? Moim zdaniem nie.

To warto było czekać czy nie? Na nowe rzeczy zawsze warto czekać. Jest to solidny album z fantastyczną pierwszą połową i jestem przekonany, że wielu osobom spodoba się w całości (ja jestem chyba po prostu zbyt wymagający lub za mocno cenię rolę instrumentów klawiszowych w muzyce). Z drugiej strony, równie dobrze można było pozostać przy poprzednich płytach i mieć mnóstwo radochy, bez konieczności sięgania po Nothing as the Ideal. Po prostu poprzednie wydawnictwa są ciekawsze pod wieloma względami. Jedno jest pewne – trzeba go wysłuchać i przekonać się na własnej skórze. Tym bardziej należy zaznajomić się z wcześniejszą twórczością All Them Witches, gdyż ten zespół jest wart Waszej uwagi. Może jednak tytuł krążka nie jest taki przypadkowy (Nic nie jest idealne)?

Redaktor portalu Ze Słuchu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze