Cory Henry & The Funk Apostles: Art of Love (Live in LA)

Wielbiciele twórczości Cory’ego Henry’ego i jego zespołu The Funk Apostles w końcu mają powody do radości. Artysta wydał właśnie pierwszy oficjalny album koncertowy swojej formacji. A to dopiero początek z zapowiedzianej serii krążków live, które ukażą się w kolejnych miesiącach.

Cory Henry urodził się w 1987 roku w dzielnicy Brooklyn w Nowym Jorku. W wieku dwóch lat rozpoczął naukę gry na instrumentach klawiszowych. W wieku pięciu lat nazywano go już „mistrzem Henrym”. Rok później zagrał w Apollo Theater na Manhattanie. Miał wrodzony talent, który pieczołowicie rozwijał. Profesjonalną karierę rozpoczął w 2006 roku i od tamtego momentu brał udział w trasach koncertowych takich artystów, jak Bruce Springsteen, Puff Daddy, Kenny Garrett czy The Roots. Największy rozgłos przyniosły mu występy z bardzo cenioną formacją Snarky Puppy, z którą związany był w latach 2012-2016. Brał udział przy nagrywaniu siedmiu albumów zespołu, z których dwa – Sylva oraz Culcha Vulcha – zostały docenione nagrodą Grammy. W 2014 roku pojawiła się jego debiutancka solowa płyta First Steps, a w 2016 roku The Revival. Dwa lata później ukazało się najnowsze wydawnictwo zatytułowane Art of Love, które nagrał już wspólnie z zespołem The Funk Apostles.

Pierwsze dwa solowe albumy były na wysokim poziomie artystycznym, lecz mnie cały czas czegoś w nich brakowało. Podobne odczucie miałem również przy ostatnim, z udziałem Apostołów. Po wysłuchaniu krążka koncertowego Art of Love (Live in LA), znalazłem odpowiedź na tę nurtującą mnie zagwozdkę. Wcześniejsze nagrania pochodziły ze studia, a nie z sali wypełnionej ludźmi. Cory Henry i jego band stworzeni są do grania na żywo. Nieprzypadkowo, będąc spragnionym ich dźwięków, sięgałem po fragmenty koncertów dostępnych w serwisie YouTube, a nie po płyty studyjne. Perfekcyjnie dopieszczone w studiu dźwięki, nie oddają nawet w połowie energii, jaka emanuje od zespołu, kiedy są na scenie.

Pierwsza płyta koncertowa Cory Henry & The Funk Apostles nagrana została w Klubie Resident w centrum Los Angeles w sierpniu 2018 roku. Minęły dwa lata od tego wydarzenia i dopiero panująca pandemia skłoniła artystę do wydania tego koncertu. Jak wspomina sam Cory Henry na łamach serwisu WBOC: „Minęły miesiące, odkąd ostatni raz byłem na scenie, robiąc to, co kocham, z fanami, których kocham. Mam nadzieję, że wydanie tej płyty da każdemu szansę powrotu do tego szczęśliwego miejsca i czasu”. Osobiście nigdy jeszcze nie brałem udziału w koncercie tej formacji, lecz muszę przyznać, że słuchając tego krążka, czuję się jakbym stał pod sceną. Już przy pierwszych dźwiękach noga sama rusza do tańca. Ciężko słuchać tej płyty w pozycji siedzącej czy leżącej. Cory w tak genialny sposób łączy R&B, soul, funk, jazz i muzykę gospel, że ciężko ustać w miejscu. Od początku do końca jest bardzo intensywnie i niesamowicie ciekawie. Nawet przy najbardziej podstawowej linii melodycznej da się wyczuć rewelacyjne wstawki na klawiszach czy gitarze, które nawet najbardziej wybrednych słuchaczy wprawią w zachwyt. Duża tu zasługa świetnych muzyków, którzy wchodzą w skład Apostołów: Nick Semrad na drugim zestawie klawiszy, Adam Agat na gitarze, Sharay Reed na basie, Taron Lockett na perkusji oraz wspaniale brzmiący chór, zasilany przez cudne głosy Denise Renee i Tiffany Stevenson. W setliście koncertu pojawiły się m.in. utwory z Art of Love oraz kilka z The Revival. Nie ma tu żadnego słabego, czy zbędnego dźwięku. Wszystko ma tu swój cel – sprawić, aby odbiorca szalał bez opamiętania, a zarazem odkrywał wszystkie smaczki zawarte w tej muzyce. Kapitalna sprawa. Dawno nie słuchałem tak kompletnej płyty. A fakt, że jest to zapis koncertu, tylko bardziej potęguje odbiór. Całość zamyka świetna wersja utworu Controversy autorstwa Prince’a.

Wszyscy ci, którzy czekali na live tej formacji, na pewno będą usatysfakcjonowani. Aż dziw mnie bierze, że nie mam się do czego przyczepić, a proszę mi wierzyć, bardzo lubię to robić. Cory Henry & Funk Apostles udowodnili, że obecność na ich koncertach jest obowiązkiem każdego miłośnika dźwięków z najwyższej półki. W dobie panującej pandemii i związanym z nią brakiem koncertów, jest to najlepszy prezent jaki mogliśmy dostać. Jest jeszcze jeden dodatkowy aspekt słuchania tego albumu – ciągły ruch fizyczny gwarantowany!

Redaktor portalu Ze Słuchu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze