Drobne postscriptum

Zakończyłem swój niedzielny tekst tak:

„Sesja nagraniowa do albumu Aqualung spoglądała na ten koncert zza węgła. Prześwietlając jej sławetne owoce tylko pod kątem energetycznym i na wybranym przykładzie, przychodzi mi na myśl następujące porównanie: w studiu bębny są niczym wielofunkcyjny metronom, podczas gdy na scenie brzmią jak pulsujące serce, którego dźwięk zasłyszany za pośrednictwem stetoskopu błyskawicznie upewnia doktora, że niejedną potencjalną dolegliwość może natychmiast wykluczyć.”

I chciałbym do tego akapitu dodać wypowiedź Mateusza Pospieszalskiego, o wiele ogólniejszą:

„(…) Studio jest wytworem sztucznym. Zawsze naturalną kwestią muzyki jest granie jej dla publiczności i pozbycie się tutaj jednego członu oraz odcięcie go z tej naturalnej struktury, powoduje sytuację podobną do próby nauki chodzenia bez gruntu i dlatego właśnie granie w studiu jest trudne. (…) Mało tego – na żywo jest albo interakcja muzyczna, albo interakcja odbiorcza i w momencie kiedy ona następuje, to się wszystko wzajemnie napędza. A w studiu co? A najgorsze są nakładki – bardzo trudno spowodować żeby te nakładki odzwierciedlały świeżość. Z reguły jest to wymyślone, dziesięć razy ponagrywane, a w dzisiejszych czasach jeszcze możemy ton wystroić, wymacać, wypieścić, wypielęgnować, poklepać, pokremować i na końcu mamy gładką pupę kurwa nie wiadomo czego! (…) Dlatego studio jest generalnie tworem wrogim dla artysty.”
(Maciej Geming, o muzyce się NIE gada s. 37)

Z moich obserwacji wynika, że są całe rzesze osób, które miały to fatalne doświadczenie: pokoncertowego zachwytu i zakupu na jego fali płyty, a następnie rozczarowanie wydawnictwem (oczywiście to niejedyny możliwy scenariusz, ale ewentualności dalsze tym razem odsuwam). Niby oczywistą reakcją jest wówczas odrzucenie wytworu studyjnego, ale często dzieje się co innego – zaczyna kiełkować proces odwrotny, czyli: rosną wątpliwości wobec tego cośmy na żywo słyszeli i nadajemy naszym wrażeniom coraz mniejszą rangę, albo przynajmniej otulamy je wątpliwością. Dlaczego? Między innymi dlatego, że brak na podorędziu – w tej samej, płytowej, formie – przekonującego kontrprzykładu, a jak mawiał Kazimierz Ajdukiewicz: „łatwiej zrobić teorię niż znaleźć dobry przykład”.

I teraz możemy wrócić do mojego porównania gry Clive’a Bankera na wyspie Wight z jego partiami na Aqualungu. To sytuacja szczęśliwa, bo odpowiednim przykładem dysponujemy i moim zdaniem trudno o lepszy materiał dowodowy dla uwiarygodnienia słów Mateusza Pospieszalskiego w uszach wątpiących.

Zamieszczam poniżej 2 wersje My God i pozostawiam każdego czytającego z pytaniem – mamy tutaj bijące serce naprzeciw metronomu w ludzkiej skórze, czy nie?

Zdjęcia wykorzystane na prawach cytatu, z teledysku zespołu Tie Break do utworu Dary, oraz DVD Jethro Tull: Nothing is Easy Live at Isle of Wight.

Redaktor portalu Ze Słuchu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze