Dyliżans utknął w trzcinach: relacja z koncertu Raphaela Rogińskiego w Spatifie

Tekst ten zacząłem pisać trzy dni po koncercie, ale niedługo potem od klawiatury odciągnęły mnie wypadki losowe i zupełnie nowy pomysł. Mam jednak nawyk przechowywania notatek, robionych zaraz po występie, a i tego, co już naskrobałem, nawet jeśli nie skończyłem, z dysku nie usuwam. Wróćmy więc do końcówki czerwca…

***

W Spatifie wszystko po staremu. Przyjście na salę z wyprzedzeniem pozwala zająć miejsce wedle życzenia – „kto późno przychodzi sam sobie szkodzi”, jak mawiają. Mnie niezmienność tej sprawdzonej metody samoorganizacji publiczności uspokaja i cieszy, mam też wrażenie, że chroni ona w jakimś stopniu klub przed wszędobylską sztywnością. Dla odsłuchu korzyści wynikają z niej dwie: a) czas pomiędzy zasiąściem na krześle, a właściwym rozpoczęciem wieczoru można spożytkować na zestrojenie się z pomieszczeniem i próbę wyciszenia, przez co wejście w koncert bywa natychmiastowe; b) powstaje szansa dokładnego dopasowania swej pozycji do preferencji odbiorczych, co jest na wagę złota.

Raphael Rogiński solo / 26 czerwca 2021 / Spatif, Warszawa

Cóż to za preferencje? Przy całym szacunku i uznaniu konieczności pracy akustyka w tej przestrzeni oraz niezbędności funkcjonowania w niej „frontów” – zrobiłem co tylko mogłem, by w jak największym stopniu sygnał do mego ucha dochodził wprost ze wzmacniacza. Dlaczego? Bo faktycznie jest inny niż z głośników: cieplejszy, bardziej zróżnicowany dynamicznie, przybrudzony, słychać również pracę samego pieca. Poza tym, paczka wytwarza swoisty foniczny obłok o określonym zasięgu, odczuwalny również na skórze i ten fizyczny kontakt ma znaczenie, ale jeszcze ważniejsza od recepcyjnej namacalności jest możliwość (dostępna właśnie przez fakt przebywania w chmurze ze starego fendera wypuszczanej) niemal całkowitego odgrodzenia się od otaczającej rzeczywistości.

Takiego kontaktu sam na sam z muzyką nie dadzą żadne inne warunki. Ktoś może powie, że słuchawki na głowie w pustym pokoju to sytuacja bardziej intymna – no Bracie lub Siostro rzekłbym… Rejestr ze wzmacniacza i z łapy do dźwięku z najdroższych nawet słuchawek i płyty choćby i w Abbey Road wyprodukowanej, ma się mniej więcej tak, jak tygrys prawdziwy do tygrysa z komiksu, tj. żarty na bok.

Napisałem dwa akapity wyżej „niemal”, ponieważ zdarzyło mi się rozkojarzyć, a z początku trzaskająca migawa Pani fotograf skutecznie zrywała łączność z pierwszą kompozycją. Mała dygresja: szczególnie na solowych koncertach to REALNY problem i moja opinia nie należy do tych z cyklu votum separantum – dlatego pozwalam sobie postawić pytanie – dla kogo jest muzyka na żywo: dla robiących zdjęcia czy dla słuchaczy? Czy serio nie idzie tych sprzętów jakoś wyciszyć? Inna sprawa – filharmonie chyba znalazły na to patent, bo bywam w nich nie tak wcale rzadko, również w pierwszym rzędzie i żaden fotoreporter mi od lat nie przeszkadzał, a w klubie i plenerze to „norma” do której nie potrafię i nie mam zamiaru się przyzwyczaić.

Odnośnie zaś odbioru muzyki w znaczeniu węższym – z początku sam sobą byłem troszkę zaszokowany, bo kształt przychodzących na bieżąco myśli okazał się nieznośnie muzykologiczny. „Dlaczego zamiast słuchać zwracam uwagę na to, że on tu gra dwie zupełnie różne linie albo, że właśnie przeszedł do kolejnej części… Ratunku!” Odpowiedź była całkiem prosta – nieuśmierzony ból głowy. Na szczęście mieszanka paracetamolu, kofeiny i kodeiny szybko pokonała dolegliwości, a Pani z aparatem chyba wyszła.

Wspólnym mianownikiem wszystkich sześciu solowych koncertów, które słyszałem od 2014 roku była pewna doza smutku… Nie, to zbyt delikatne określenie – smutek stanowił ich rdzeń, a teraz? Przeciwnie. Ten szpik był w Spatifie świetlisty, słoneczny i… radosny. Co oczywiście nie znaczy, że muzyka stała się bardziej skoczna, czy trywialna – w aspekcie powagi i istotności chwili, podejście Raphaela ani drgnęło.

Na najlepszych jego setach zawsze miałem (w ich kluczowych momentach) przed oczami jakieś obrazy, jak choćby: ruchy czarnych dziur, pozbawione zasad fair play wyścigi na wielbłądach, wylizywanie ran przez psa… Tak było i tym razem: ryzykowny spacer nocą po klifie, połacie trzciny nad jeziorem, odczepienie dyliżansu z ważną osobistością w środku i nagła ucieczka na koniach. Wtedy chce się muzykę przyjmować nie tylko uchem i przez skórę, ale co można zrobić więcej? Można wdychać te drgania nosem, ale jakoś nie wystarczyło, więc postanowiłem nieco tego gęstego powietrza… zjeść. Tak normalnie jak się je ciastko – wówczas sądziłem, że to pomogło.

Zwróciłbym jeszcze uwagę na fragment środkowy jednej z kompozycji, zbudowany na dyskretnych, cichych, wysokich częstotliwościach, przypominających ezoteryczne perkusjonalia – one radykalnie zmieniły nadany wcześniej kierunek, atmosferę i nie pozostały bez wpływu na powracający po nich motyw, który nagle wydał się głębszy niż pierwotnie. Trochę prozy życia też się wdarło – przez trzy utwory wzmacniacz zaczął nieco charczeć, ze dwa razy płynność wykonawcza się Rahaelowi urwała, a pod koniec z tyłu dało się usłyszeć, że ktoś gada…

Te detale, ogólnego – przepełnionego poczuciem wyjątkowości i ulgi – wrażenia nie naruszyły.  Raphael nie tylko wciąż jest sobą, ale po przerwie wrócił nawet mocniejszy. Została mi po tym wyjeździe również konstatacja ciut szersza: Cukunft i Wovoka nie przetrwały; do Shy Albatross i jego drugiego wcielenia, czyli duetu z Natalią Przybysz zacząłem po czasie mieć dystans; ostatnie trzy koncerty online Shofaru wzbudziły sumarycznie spore wątpliwości (acz w różnym stopniu) i do rangi rozczarowania urosły, gdy przypomniałem sobie Małkinię; a po zeszłorocznym (i nie tylko) Hizbut Jammie choć zachowałem wiele dobrych wspomnień, to jednak nie tych najgrubszego kalibru… A w solowe grania nie zwątpiłem nigdy – one się ostały.

Wcześniej zaznaczyłem druzgocącą różnicę pomiędzy muzyką z koncertu a tą z nagrań – broń Boże się z tych słów nie wycofuję – ale każde zjawisko funkcjonuje w pewnym spectrum i tak jak zdarzają się zaskakująco dobrze narysowane tygrysy, tak i bywają szczęśliwie udane rejestracje. A dodać też muszę, że nieprzyjemne to uczucie zostawiać czytelnika po lekturze tekstu „z pustymi rękami”… Nie tym razem – NIEOCENIONY – Paweł Maciak dopiął w tej nieznośnej materii swego, przy okazji cyklu „Miejscówka z Dwójką” i otrzymaliśmy reprezentatywny i satysfakcjonujący skrót tegoż repertuaru.

PS: żywię czasem – prostodusznie – nadzieję, że może napiszę coś oryginalnego. Ponad miesiąc temu miałem przed oczami wyobraźni nocny spacer po klifie, a teraz czytam tytuł: Cliffs and Sea

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze