Jethro Tull: Nothing Is Easy: Live at the Isle of Wight 1970

Mój status w kręgu fanów Jethro Tull można określić jednym słowem – renegat. Po kilku, przypadających na okres wczesnej młodości, latach neofickiej zapalczywości przyszedł chłód i wątpliwości, a w następnym kroku – eliminacja. Porzuciłem ich (oraz dziesiątki innych wykonawców) na rzecz nowych kompanów: głównie scen free improv, muzyki współczesnej i jazzu, a samego przewrotu dokonywałem nie tylko bez żalu – ale wręcz z dumą! – że tak grube kreski mam czelność kreślić.

Tę (trochę arogancką) fanfaronadę trzeba było później zacząć delikatnie wyhamowywać, bo wspomniane wyżej środowiska (na dłuższym dystansie) również ujawniły niejedną słabość. Zadałem sobie wówczas pytanie o ewentualną szansę na zawarcie przymierza, czyli: czy czegoś w tych zakurzonych plastikowych pudełkach – a co by odpowiadało mojemu aktualnemu podejściu do dźwięku – przypadkiem nie znajdę?

Rzeczywistość okazała się fatalna. Na oko licząc, w 95% zderzenia z panteonem „klasyki rocka” sensu largo przypominały scenki z rekwizytorni starej komedii, a generalna niechęć do formy piosenki ani drgnęła. Przez to jednak pozostałe 5% zyskało na znaczeniu, a w nich zawiera się – między innymi – występ Jethro z Wyspy Wight.

Powodem głównym zaliczenia Nothing Is Easy… do tak ekskluzywnego grona jest jego zawartość energetyczna – co rusz tak wysoka, jakby ściany aranżu miały od niej paść z hukiem. Ostatecznie do tąpnięcia nie dochodzi, ale wrażenie obcowania z dotykaniem jakiejś granicy trwa.

Ogromny w tym udział Clive’a Bunkera: bije zza głowy, gra głośno, gęsto i ekspansywnie – niby same wady – ale pewna okoliczność je neutralizuje i przekuwa w zaletę: jemu kolejne uderzenia KLEJĄ się do siebie. Ten kluczowy element najlepiej uwidacznia (usłyszalnia?) porównanie z Doanem Perrym: ekspresji przecież mu nie brakowało, też był autentycznie zaangażowany, jego uderzenie zdawało się w swym rdzeniu szczere, ale zawsze wychodził kwadrat i brak spoistości.

Ma Clive, przy boku, swojaka – Glenn Cornick gdy tylko może… kopie basem prosto w twarz, a mimo wzniecanej nierzadko gęstości, nie wykonuje żadnych zbędnych ruchów. Jest czujny i ŚWIETNIE BRZMI: brudno, szeroko, masywnie, używa przesteru… Taki feeling wyróżnia go na tle następców i stanowi dobry pretekst by przejść do bardziej ogólnego – centralnego dla całego tekstu – spostrzeżenia.

Sytuacja Jethro Tull anno domini 1970 budzi skojarzenie, pod jednym przynajmniej względem, z koncertami Czesława Niemena i SBB. W obydwu przypadkach mamy do czynienia z wyrazistym liderem, któremu towarzyszą muzycy niedający się – żadną miarą – sprowadzić do roli akompaniatorów, dzięki czemu na scenie górę bierze duch konfrontacji. Wszyscy trzymają się nawzajem w klinczu, a uzyskana suma ekstremów skutkuje, paradoksalnie, równowagą.

Wśród komentarzy dostępnych na YouTube znalazłem taki: „gdy Bunker i Cornick odeszli, Jethro Tull zmieniło się w Ian Anderson Band”. Nie znam tak dokładnie (rok po roku) koncertowego rozwoju sprawy, ale zestawienie z – kiedyś przeze mnie wielbionym – Bursting Out pozwala zacytowanym słowom przyznać spory kredyt zaufania. Tull z roku 1978 to raczej obraz ułożony z puzzli niż namalowany na płótnie, bo linie oddzielające poszczególne elementy są wyraźniejsze niż całokształt.

To kurs często (na szczęście nie zawsze) obierany zarówno w prog rocku jak i muzyce klasycznej: każdy ma własną przegródkę, ODGRYWA precyzyjnie i punktualnie to, co odegrać należy, ale wspólnota i mająca w niej swe źródło brawurowa zadziorność znika z horyzontu. Skrycie kolejne przyczółki zdobywa tendencja sidemańska, a jej emanacją jest np. sekcja Barlow/Glascock: tandem o usposobieniu orkiestrowo-wirtuozowskim, wystrzeliwujący tu i ówdzie połamaną figurą, ale tym cennym, lepkim, drivem nieobdarzony i prawdziwej łączności nie wytwarzający. Dwa zakleszczone koła zębate, to nie to samo co splecione ze sobą drzewa. Tę kwestię na ostrzu noża stawia kolizja wykonań To Cry You a Song z 1970 i 1977 roku.

Sam Mr. Ian przeszedł drogę od muzyka o aktorskim zacięciu, do muzykującego aktora (a to poważna różnica), a podział Anderson et consortes sukcesywnie twardniał. Na Wyspie Wight było, jak wspomniałem, zupełnie inaczej: lider wcale nie dominował. Temperament współtowarzyszy skutecznie jego władczym zapędom dawał odpór (przynajmniej w akcji scenicznej), co łatwo sprawdzić sięgając po CD – bo na DVD obraz uszom kłamie.

Następna opozycja na linii Isle of Wight / Bursting Out to barwy i natężenie dźwięku – idę o zakład, że z końcem sierpnia 1970 na scenie było ZNACZNIE głośniej niż w roku 1978, bezwzględnie królowało tam również nieociosane, wyrastające z bluesowego korzenia, ciepło. 8 lat później dały już o sobie znać pierwsze symptomy nadchodzącej ery plastiku (klawisze), kultu sterylności (gitara) i nowofalowego chłodu (bębny).

Z innej strony: pomimo wyraźnego planu i skrupulatnego wykonania (bo choć utwory na Nothing is Easy… są długie i każdy z muzyków ma swoich kilka minut, to doza improwizacji jest mniejsza niż można by sądzić na pierwszy rzut ucha – nie wszystkie indywidualne fragmenty pod zwyczajowe określenie jam podpadają) niespecjalnie czuję żeby ktoś na wyspie Wight obejmował publiczność szczególną troską, a w Paryżu panowie chyba już doskonale wiedzieli za co dostają oklaski i ich otrzymywaniu się podporządkowali.

Edycja tych nagrań przyprawia o ból głowy. Na DVD: We Used to Know / For a Thousand Mothers zostało przycięte, With You There to Help Me pominięto, Dharma for OneMy God są dłuższe niż na CD, To Cry You a Song (z początku zagadane) wyrzucono idiotycznie na koniec jako tło do napisów, a wyimek z Bourée ujęto – zgodnie z biegiem wydarzeń – przed występem, ale na CD (już w całości) zajmuje pozycję piątą.

Jak ten bałagan posprzątać? Za najwłaściwsze uważam najprostsze – choć pracochłonne – rozwiązanie. Proponuję wyekstrahować z CD i DVD wersje pełne i ułożyć je w kolejności chronologicznej, czyli:

01) Bourée (CD)
02) Zapowiedź (DVD)
03) My Sunday Feeling (CD)
04) My God (DVD)
05) With You There to Help Me (CD)
06) To Cry You a Song (CD)
07) Dharma for One (DVD)
08) Nothing Is Easy (CD)
09) Wołanie na bis (DVD)
10) We Used to Know / For a Thousand Mothers (CD)

Czy wtedy poczujemy upragnioną satysfakcję? Niezupełnie. Ścieżka dźwiękowa z filmu to trochę co innego niż zawartość CD. Różni je produkcja: na DVD gitara jest zdecydowanie ciszej, a cała scena nieco dalej… Te wędrówki od Annasza do Kajfasza drażnią.

Może gwoździem do trumny wymienionego szeregu uciążliwości będzie wklejenie w wersje z CD drobiazgowo przygotowanych wypełnień, tj. brakujących kawałków z My GodDharma for One? A potem już tylko flaszka dla zaprzyjaźnionego właściciela studia nagraniowego za podmasterowanie powycinanych urywków, by je maksymalnie zbliżyć do realizacji z CD i voilà! Niestety – wpadłem na to dopiero w trakcie pisania niniejszego tekstu – gdy dosięgnę celu obiecuję zaktualizować wnioski.

Wracając do kolejności – takie ułożenie może dziwić, ale bym przy nim obstawał. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że Bourée pochodzi z próby: reakcja ludzi jest cichsza, w składzie wyraźne rozluźnienie – dla prób tak przecież typowe – co automatycznie nadaje kompozycji przeciwny reszcie utworów charakter i tembr. Gdy zachować pierwsze trzy minuty zapowiedzi przed My Sunday Feeling przejście nie następuje nagle i Bourée pełni – udatnie – rolę zakąski, wrzucone zaś (jak na CD) pomiędzy To Cry You a SongDharma for One tworzy nieprzyjemny wyłom.

Finalnie otrzymujemy zestaw radykalny: długie solo perkusji, pokaźne zetknięcie ze sfatygowanym fortepianem (na celowy rezultat preparacji to „nie wygląda”), a partia gitarowa w końcowym fragmencie ma wątpliwe zakręty i nienaturalne zatrzymania, ale jakże to pasuje do podkreślanego wcześniej granicznego zacietrzewienia! Zwolnienia i odrobina monotonii usypiają czujność, przez co – nieprzyzwoicie natarczywe – zespołowe wzmożenia (wchodzące zaraz po „mini recitalach”) działają AŻ TAK mocno.

Sesja nagraniowa do albumu Aqualung spoglądała na ten koncert zza węgła. Prześwietlając jej sławetne owoce tylko pod kątem energetycznym i na wybranym przykładzie, przychodzi mi na myśl następujące porównanie: w studiu bębny są niczym wielofunkcyjny metronom, podczas gdy na scenie brzmią jak pulsujące serce, którego dźwięk zasłyszany za pośrednictwem stetoskopu błyskawicznie upewnia doktora, że niejedną potencjalną dolegliwość może natychmiast wykluczyć.

Redaktor portalu Ze Słuchu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najbardziej popularne
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
trackback

[…] swój niedzielny tekst […]