Miles Davis: Live at the Isle of Wight Festival 1970

Miałam napisać o jedynym jazzowym koncercie na Isle of Wight Festival w 1970 roku. Jednak takiego nie znalazłam. Natomiast grał Miles Davis ze swoim Elektrycznym składem. Oczywiście mogłabym w tym miejscu wspomnieć o – jak to ma się w zwyczaju, gdy opisuje się jego obecność w programie festiwalu – kontraście, fenomenie jedynego jazzowego zespołu wśród rockowych grup na Wyspie Wight. Jednak widzę to trochę inaczej.

Rok 1970 był samym środkiem przemiany brzmieniowej Milesa Davisa, zatem pojawienie się jego zespołu przed młodą, białą publicznością było w tamtym czasie normą. Przemiana, myślę, dokonywała się nie tylko w ramach naturalnych poszukiwań Davisa, ale także w wyniku zewnętrznych bodźców i wydarzeń.

„Rok 1968 pełen był najrozmaitszych zmian, ale dla mnie zmiany w mojej muzyce były objawieniem, a muzyka wokół mnie brzmiała niewiarygodnie.”

Cofnijmy się nieco wcześniej do 1968 roku, kiedy to Davis bacznie obserwuje aktualne trendy, słucha różnorodnej muzyki. Nie tylko jazzowej (choć także, np. twórczości Charlesa Lloyda i jego składu z Jackiem DeJohnette’em i Keithem Jarrettem), ale i blues rockowej, przede wszystkim Hendriksa, z którym zaprzyjaźnił się i który był główną gwiazdą na Wyspie Wight.

„W 1968 roku słuchałem najchętniej Jamesa Browna, genialnego gitarzysty Jimiego Hendriksa i nowej grupy z San Francisco,  która właśnie wypłynęła z przebojem Dance to the Music, Sly and the Family Stone.”

Okres między 1968 a 1975 był intensywny, poszukiwania Davisa skupiały się na brzmieniu całego zespołu, sam skład pod koniec lat 60.tych zmieniał się i klarował. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że poszukiwania Milesa przyczyniły się do odejścia, m.in. Rona Cartera, który nie chciał grać na elektrycznym basie. Na jego miejsce przyszedł Miroslav Vitous, a następnie Dave Holland. Co istotne, w tym czasie do składu dołączyli pianiści Chick Corea i Joe Zawinul (w niektórych sesjach nagraniowych brał jeszcze udział Herbie Hancock), grając już na elektrycznym Fenderze Rhodesie.

„Nie chodzi tylko o to, że chciałem się zelektryfikować, co wytykało mi wielu ludzi, że niby chciałem sobie dodać elektrycznego dźwięku. Chciałem uzyskać frazowanie, którego nie mógł dać mi akustyczny fortepian, a Fender Rhodes tak. Podobnie z basem elektrycznym – dał mi to, czego chciałem, w miejsce kontrabasu.”

In a Silent Way rozpoczęło bardzo twórczy okres w moim życiu. Od 1969 roku głowa otworzyła mi się na mnóstwo muzyki, która wypływała ze mnie przez następne cztery lata.”

Z jednej strony silny, naturalny wpływ funkowej, blues rockowej sceny, z drugiej komercyjne naciski, oczekiwania wytwórni, a co najważniejsze oczekiwania publiczności, bo w 1969 roku muzyka blues rockowa, psychodeliczna dominowała i zabierała uwagę jazzowym twórcom. Sam Davis przyznał, że dostrzegał spadek sprzedaży płyt, a sale koncertowe wypełnione były jedynie w połowie.

Zmiany dokonywały się także w samej wytwórni Columbia, która zatrudniła zespół Chicago (także wystąpił na Wyspie Wight), starając się pozyskać młodych odbiorców. Z pewnością ogromną rolę odegrał Clive Davis, prezes Columbia Records, który namawiał Davisa na ukierunkowanie nowych albumów ku białej publiczności. Wszyscy, którzy są świadomi temperamentu i niezależności Davisa, wiedzą, że te propozycje nie spotkały się od razu z aprobatą.

„Dostrzegałem przez własną muzykę drogę ku przyszłości i zamierzałem nią podążać, tak jak zawsze to robiłem. Nie dla Columbii, nie dla polepszenia wyników sprzedaży, nie dla pozyskania jakichś młodych białych słuchaczy. Chciałem to zrobić dla siebie, dla swojej muzyki, dla swojej własnej potrzeby. Ja chciałem zmienić swój kurs, musiałem zmienić kurs, żeby nadal móc wierzyć w to, co gram, nadal móc to kochać.”

Wierzę Davisowi, choć brzmi to jak przekonywanie własnej przekorności. Wierzę, bo albumy In a Silent Way, Bitches Brew, aż w końcu wydanie koncertowe z Isle of Wight Festival to muzyka Davisa – co prawda, będąca odcinkiem ewolucji, którego nie wszyscy ortodoksyjni jazz fani akceptują.

Trzeba zaznaczyć, że początki lat 70.tych w twórczości Milesa to był czas muzyki totalnej. Pochłaniał on ambiwalentne stylistyki, łączył te, które dziś żyją jako odrębne byty, a to wszystko w ramach konkretnych albumów i sesji nagraniowych. To także zadziało się na scenie Isle of Wight Festival. Niesamowicie potężna funkowa żywiołowość, rockowa gitara, psychodeliczna pulsacja, mocno wysunięty na przód elektryczny bas. Co istotne, Davis skupiał się wtedy na grze zespołowej, jako jednym organizmie, więc słuchając tego niespełna 36-minutowego seta, nie doświadczymy długich solówek na trąbce.

Koncert na Isle of Wight Festival był czasem między In the Silent Way, Bitches BrewOn the Corner, był kulminacją, rozładowaniem elektryczno-gitarowej wizji Davisa, a wszystko przed 600-tysięczną publicznością, co dla jazzowego zespołu było ewenementem, ale fakt, w 1970 roku Davis nie grał jazzu.


Wszystkie przytoczone w tym artykule wypowiedzi Milesa Davisa pochodzą z jego autobiografii, zob. Miles Davis, Quincy Troupe, Miles. Autobiografia, Wrocław 2016.

Aya Al Azab Autor
Redaktorka portalu Ze Słuchu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najbardziej popularne
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Maria

Super

Ola

🙂