Niemiecka szkoła rocka #1: Birth Control

Kilka miesięcy temu przyszedł mi do głowy pomysł, aby napisać coś o niemieckim rocku drugiej połowy dwudziestego wieku. Jestem zdania, że scena muzyczna u naszych zachodnich sąsiadów w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych była równie interesująca, co w Wielkiej Brytanii czy w Stanach Zjednoczonych. Chciałbym Wam zatem przedstawić kilka zespołów, których twórczość uważam za esencję niemieckiej muzyki tamtych czasów.

Pierwszy artykuł w serii miał wyglądać zgoła inaczej. Krautrock to bardzo obszerne pojęcie, które zawiera nie tylko muzykę, ale również uwarunkowania polityczne i społeczne tamtych czasów. Krautrock to blues, rock, fusion, progresja, psychodela, elektronika. To całość niemieckiej kultury, którą stworzyli młodzi Niemcy po Drugiej Wojnie Światowej. Jest to wielce ciekawy temat, który chciałbym w takim wpisie przedstawić rzetelnie, więc jak się domyślacie, jeszcze go nie ukończyłem. Zajmie mi to jeszcze chwilę, ale w międzyczasie zachęcam do zapoznania się z pierwszą kapelą z serii o krautrocku, kapitalnym Birth Control.

Birth Control powstał w 1966 roku w Berlinie. Skład osobowy zrodził się z połączenia dwóch kapel: The Earls i The Gents. Pierwszy line-up prezentował się następująco: Bernd Koschmidder (bas), Reinhold Sobotta (klawisze), Rolf Gurra (saksofon, wokal), Fritz Gröger (wokal), Reiner Borchert (gitara), Hugo Egon Balder (perkusja) i Klaus Orso (gitara). Nazwa grupy związana jest z ogłoszeniem Humanae vitae w lipcu 1968 roku. Była to encyklika papieża Pawła VI, która mówiła o zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego. Muzycy, słuchając radiowych audycji, które poruszały ten temat na bieżąco, wpadli na pomysł nazwania zespołu angielskim odpowiednikiem słowa „antykoncepcja”. Na początku zasłynęli z grania coverów Julie Driscoll. Po wielu zmianach personalnych ukształtował się skład, w którym przystąpili do nagrywania swojego debiutu. Balder, Borchert, Gröger i Orso odeszli. Bernd Noske usiadł za perkusją, a Bruno Frenzel chwycił za gitarę. W takiej formacji przystąpili do kreowania wspaniałego okresu dla niemieckiej muzyki.

Debiut Birth Control z 1970 roku pojawił się w bardzo nietypowym opakowaniu – okrągłym pudełku, które wyglądem przypominało to, w którym sprzedawano pigułki antykoncepcyjne. Jazzrockowy album, który nie był może wybitny, ale zapowiadał bardzo ciekawą przyszłość dla zespołu. Kolejna płyta Operation, po dziś dzień, uważana jest za jeden z najważniejszych albumów w historii niemieckiej muzyki. Rockowe granie, wypełnione cudownym wyciem gitary i cholernie klimatycznymi klawiszami. Brzmienie głosu Noske jest świetne samo w sobie i momenty kiedy śpiewa, uważam za równę z rolą instrumentów. Na tej płycie nie ma słabych momentów. Żadnych. Po premierze rozmawiano jednak nie tylko o muzyce. Powstało wiele kontrowersji, związanych z okładką krążka Operation. Przedstawiała mrówczą bestię, która pożera niemowlęta, a wszystko to na oczach papieża. Jak można się domyśleć, zespół atakowany był głównie przez religijnych radykałów. Pomogło im to jednak zyskać większą sławę na Zachodzie. Na Wyspach zaczęto mówić o nich coraz więcej i zostali pierwszą niemiecką kapelą, która wystąpiła w słynnym londyńskim Marquee Club.

Wydali jeszcze album kompilacyjny, który zawierał wybrane numery z pierwszych dwóch płyt oraz znakomity krążek Hoodoo Man, który ukazał już się po kolejnych zmianach personalnych. Z kapeli odszedł Sobotta i finalnie jego miejsce przypadło Wolfgangowi Neuserowi. Aranże oparte na gitarze i klawiszach stały się jeszcze bardziej interesujące. Ogromna ilość improwizowanego grania sprawiła, że album został przyjęty przez odbiorców z dużym entuzjazmem. Pomimo że tym razem w dźwiękach można było wyczuć więcej naleciałości z bluesa, materiał wciąż przesycony był ciężkim rockiem. Po kilku trasach koncertowych ponownie przyszła pora na zmiany. Odszedł założyciel zespołu Koschmidder oraz Neuser. Na ich miejsce przyszli Peter Föller i Bernd Held. Jako drugi gitarzysta dołączył Dirk Steffens. W składzie Noske, Frenzel, Steffens, Held i Föller nagrali w 1974 roku płytę Rebirth. Po latach wypracowywania klimatycznego rockowego brzmienia z elementami bluesa, jazzu i progresji, na tym albumie jakby to wszystko nie istniało. A co za tym idzie, zniknął również urok Birth Control. Brakuje tam „feelingu”, do którego zostaliśmy przyzwyczajeni. Później z zespołu odszedł Steffens i pozostała czwórka pojechała w trasę koncertową.

W ten sposób narodził się koncertowy album Live (który znajduje się w mojej osobistej dwudziestce najlepszych płyt koncertowych). Muzycy, którzy stworzyli średnie Rebirth, przeszli samych siebie na tej koncertówce. Pojawiły się tu najlepsze dzieła zespołu, które zostały dodatkowo „wypieszczone”. Otwierający The Work Is Done, który na Operation trwa siedem minut, tu został rozwinięty do siedemnastu. Długie partie instrumentalne nadały wszystkiemu bardziej mięsistego brzmienia. Nie ma chwili na wytchnienie. Nawet w momentach kiedy tempo nieco spada, brzmienie instrumentów nieustannie powoduje gęsią skórkę. Jedna wielka jazda bez trzymanki, która mogłaby trwać wieczność. Kolejne na liście Back From Hell potrafi przywalić jeszcze mocniej. Potężna perkusja przygniata, a w połączeniu z klawiszami, co chwilę potęguje klimat. Na końcu wszystkie instrumenty cichną, by dać miejsce bębnom. To, co wyprawia tutaj Noske, przechodzi wszelkie pojęcie. Poezja. Kolejny Gamma Ray to chyba najsłynniejszy numer z albumu Hoodoo Man. Tu dziesięć minut dłuższy, w którym gitara pod palcami Bruno Frenzela, „gada” niczym zaczarowana. Pojawił się również She’s Got Nothing On You z Rebirth, lecz tu brzmi świetnie. Na moment koncert staje się spokojniejszy i można „złapać trochę powietrza”. Ale niech Was to nie zmyli. Numer zyskał więcej „pazura”, którego tak brakowało na poprzednim krążku. Całość zamyka Long Tall Sally – utwór Little Richarda, który muzycy zinterpretowali po swojemu. Płyta Live z 1974 roku jest dla mnie najlepszym przykładem tego, jak powinny brzmieć albumy koncertowe. Jest kwintesencją ich bogatego dorobku. I pomimo licznych roszad personalnych (tylko Noske i Frenzel brali udział przy nagrywaniu debiutu), Live jest dla mnie najgenialniejszym tworem tej kapeli. Jest również doskonałym przykładem wielkości niemieckiej muzyki rockowej tamtych czasów. Jest tu wszystko, co kocham. Długie i bardzo rozbudowane aranże, które powalają ciężkością, ale jednocześnie zachwycają brzmieniem gitar i klawiszy. Niemiecki styl grania w pigułce.

Grupa wydała jeszcze wiele albumów w późniejszym okresie twórczości, ale kolejne płyty nie były już tak ciekawe w moim odczuciu. Oczywiście polecam się z nimi zapoznać, gdyż to dalej jest dobre granie. Ja jednak zazwyczaj sięgam po krążki opisane w tym tekście, ale może Wy znajdziecie w pozostałych coś, co Was zaciekawi. Liczę, że muzyka Niemców przypadnie Wam do gustu, ponieważ o takich zespołach warto pamiętać jak najdłużej.

Redaktor portalu Ze Słuchu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze