Podsumowanie koncertowe 2021

Podsumowanie koncertowe roku – ta zbitka słów już po raz kolejny na wielu twarzach wywoływać może: ironiczny uśmiech, zmieszanie czy niezrozumienie… Nie dziwię się, powody takich reakcji są każdemu jasne i nie śmiem odbierać im racji bytu. Mimo to, na wpis sobie pozwalam i chciałbym przy jego okazji zwrócić uwagę na dwie kwestie nieco ogólniejsze – raz bardziej, raz mniej w swym korzeniu osobiste – choć za każdym razem wyrosłe wyłącznie na glebie odbioru dźwięku.

Gdy o tym mówię – zwykle przed lub po jakimś koncercie – następuje zamyślona cisza. Ani akceptacja (w postaci choćby przytaknięcia), ani jakiś nagły sprzeciw, a raczej zawieszenie głosu i kilkusekundowa pauza. A następnie albo pytanie w stylu: „ale to chyba dobrze?”, albo: „muszę się nad tym zastanowić”…

A stwierdzam tylko tyle, że w kontekście słuchania muzyki, pandemii coś jednak zawdzięczam. Kluczowe były pierwsze trzy miesiące lockdownu, gdy minęły, już nigdy ogół mechanizmów percepcyjnych nie działał tak jak przedtem. Okazało się, że dane zbierane przez jakiś dłuższy czas, w wyniku – jak sądzę – zwolnienia życiowego tempa, się ułożyły, uleżały i… bach! Stopień wybredności wzrósł. To mnie przyznam zaskoczyło, bo kiedyś sądziłem, że podejście – do muzyki – w sposób wartościujący to DECYZJA, którą podjąłem, by sobie „standard ucha” nieustannie podnosić. W dłuższych przebiegach zauważałem kolejne zmiany, byłem z nich zadowolony i uważałem, że mogę sobie pogratulować… Teraz widzę, że to proces zupełnie od moich chęci czy ew. niechęci (gdybym hipotetycznie zmienił nastawienie) NIEZALEŻNY, bo ziarna od plew się oddzieliły mimowolnie, przy pierwszej możliwej okazji.

Dlatego poniższa lista jest tak krótka. Tych kilkanaście pozycji nie wzięło się tylko z przetrąconego kręgosłupa rynku koncertowego, ale też w równej mierze z dwóch innych przyczyn: słabszego stanu mojego zdrowia oraz właśnie owej „podniesionej poprzeczki”. Stosunek dawnych 70 koncertów rocznie, do obecnie niecałych 20 dobrze ten stan rzeczy oddaje.

Chronologicznie pełna lista ma się tak:

Krzysztof Penderecki Polimorfia Ork. NFM dyr. Jerzy Maksymiuk / 19 marca / NFM, Wrocław
Voo Voo / 4 czerwca / Sala Widowiskowa „Kręgielnia” Kostrzyn
Koncert talentów w Lusławicach / 13 czerwca / Europejskie Centrum Muzyki im. Krzysztofa Pendereckiego
Michał Górczyński / 22 czerwca / Dragon Social Club, Poznań
Raphael Rogiński / 26 czerwca / Spatif, Warszawa
Kasai / 24 lipca / KontenerART, Poznań
Olbrzym i Kurdupel (II set + Michał Giżycki) / 4 sierpnia / Pies Andaluzyjski
Sławek Janicki & Kazuhisa Uchihashi / 13 sierpnia / Mózg, Bydgoszcz
Polski Piach / 4 września / Ladom, Warszawa
Marcel Pérès & Ensemble Organum / 9 października / Katedra, Poznań
Moniuszko String Quartet / 4 października 2021 / Pałac Działyńskich, Poznań
Jakub Królikowski / 15 października / Dom Tramwajarza, Poznań
Kwartet Śląski & Michał Górczyński / 26 października / Aula Nova, Poznań
Trio_io / 28 października / Pies Andalzyjski, Poznań
Antoni Wit & Ork. Filharmonii Poznańskiej / 13 listopada / Filharmonia, Poznań
Polski Piach / 21 listopada / SARP Social Club, Poznań
Stabat Mater & Tren Pamięci Ofiarom Hiroszimy Krzysztofa Pendereckiego / 26 listopada / dyr. Paweł Przytocki, Ork. i Chór Filharmonii Łódzkiej, Kościół św. Mateusza, Łódź
Wojtek Jachna / 10 grudnia / Pies Andaluzyjski, Poznań

A czubek?

Długo dumałem nad jego rozległością, ale na ostatniej prostej stwierdziłem, że musi być jak najciaśniejszy – ograniczam więc top do trzech pozycji:

1. Wojtek Jachna / 10 grudnia / Pies Andaluzyjski, Poznań
2. Stabat Mater Krzysztofa Pendereckiego / 26 listopada / dyr. Paweł Przytocki, Ork. i Chór Filharmonii Łódzkiej, Kościół św. Mateusza, Łódź
3. Sławek Janicki & Kazuhisa Uchihashi / 13 sierpnia / Mózg, Bydgoszcz

O żadnym z tych koncertów nie potrafiłem na gorąco napisać pełnego tekstu (co pewnie też wiele mówi), ale!

Występ Wojtka udało się podsumować rozmową i nagraniem – do nich odsyłam.

Po wykonaniu Stabat Mater zostało mi sporo wspomnień dość wyrazistych, a gdy wróciłem z Bydgoszczy, to notatki pro memoria poczyniłem, więc spróbuję się z tymi wydarzeniami rozliczyć.

Stabat Mater Krzysztofa Pendereckiego / 26 listopada / dyr. Paweł Przytocki, Ork. i Chór Filharmonii Łódzkiej, Kościół św. Mateusza, Łódź

Moim celem głównym było usłyszenie tego dnia Trenu i już po pierwszej sekundzie (!) stało się jasne, że widoki na to są marne, z racji niewystarczającego temperamentu w sekcji skrzypiec oraz… zamknięcia poszczególnych wykonawców wyłącznie w ich własnych głowach.

Gotów jestem zaryzykować tezę, że cała lewa strona orkiestry była kompletnie egocentryczna. ŻADNEGO wzajemnego słuchania, a więc i: zgrania, porozumienia, wspólnotowości, pazura… Przez co walczyć musiałem, by uwaga nie szła w inne rejony niż zwyczajnie za muzyką (!). A gdy zorientowałem się, że to, co przed chwilą usłyszałem, było finalną kulminacją, osłabłem…

Pewna sprawy trzeba jednak postawić jasno – w tej chwili mam na półce dokładnie trzynaście wersji tego dzieła, a za dobre uznaję tylko dwie. Każdy kto w repertuarze Tren umieści i finalnie do jego zagrania doprowadzi, zasługuje na uznanie a priori. To oczywiście na ocenę samego wykonania nie wpływa, ale wzbudza najgłębszy szacunek, bo to nie lada wyzwanie, a wielu z tych, którzy powinni przyjmować je z ochotą się przed nim uchyla.

Całkiem niedawno usłyszałem od bardzo uznanej na świecie i w Polsce postaci z kręgów muzyki poważnej – nazwiska nie podam, bo nie mam zamiaru się na plecach autorytetu wybijać – „niestety, na Pendereckiego teraz zamówień nie mam, bo to nie utwory na czas covidowy, podwójne kwintety smyczkowe, duże składy, sam Pan rozumie…”.

Mało tego! Jeszcze w roku 2018 orkiestra japońska odmówiła wykonania Trenu – powód ten sam co 60 lat temu – „bo instrumenty się niszczą”… Pasują tu jak ulał słowa Elzenberga: nie gardź sobą, że przegrałeś bitwę. Trzeba znacznej siły, by się zapędzić aż tam, gdzie się bitwy przegrywa. Dodajmy jednak, że pasują tylko połowicznie.

Przed Trenem wykonane zostało wspomniane Stabat Mater – tu również to i owo czuję się w obowiązku wyklarować: mój stosunek do głosu ludzkiego (w muzyce naturalnie) nie byłby przez ogół słuchaczy uznany za moralnie dodatni. Unikam go gdy mogę, bo zwykle wobec dźwięku instrumentów (sensu largo) zdaje mi się zbyt określony czy definitywny…, ale tym razem nawet swojej opinii nie zdążyłem sobie przypomnieć. Wydarzyła się jedna z tych chwil, gdy umysł zostaje nicią związany z tym, co ucho słyszy, będąc niejako na smyczy trwającej kompozycji – natychmiast zapomniałem: a) co to za utwór; b) że siedzę w kościelnej ławce, c) że jestem w Łodzi, d) że mam Żonę i trójkę dzieci; e) że po koncercie umówiłem się na spotkanie z dawno niewidzianym przyjacielem… Na kilka minut świat przestał istnieć.

Wykonawcy byli niczym kilkudziesięciogłowa, czy może raczej kilkudziesięciogardłowa HYDRA, a gdy finalnie buchnęli: „Chri-ste!” Ciarki przeszły mnie po raz szósty. Wszystkie wzrosty i opadania zdawały się tak płynne, jak to w naturze bywa z wiatrem gdy gaśnie i się podrywa. Dopiero wtedy pojąłem, że po napisaniu tego utworu istotnie mógł kompozytor poczuć się ośmielony do stworzenia formy większej, ale jeszcze ważniejsze wrażenie było inne – usłyszałem w tym wykonaniu tego samego Pendereckiego, który odpowiada za TrenPolimorfię.

Gdy w jednym z wywiadów mówił: „te kompozycje to nie są tylko nuty, to jest coś więcej”, a przy innej okazji dodał: „nic nie może zastąpić muzyki słuchanej na żywo”… to mnie to nie dziwiło, ale martwiło w kolejnych latach (i martwi wciąż), jak trudno owo „nie tylko”, „coś więcej” i „na żywo” ustrzelić. A Stabat Mater w kościele św. Mateusza zabrzmiało: bezczelnie, pewnie – było tak samo utworem Pendereckiego jak i chóru, który go wykonywał. Podkreślał też Profesor, że w muzyce interesują go linie – nie jestem formistą, ale gdy zamykam oczy, to widzę podczas słuchania różne rzeczy. Czasem długie filmowe sceny, niekiedy konkretne wnętrza, bywa, że kolory… A to wykonanie sprawiło, że: grube, wyginane zwykle wolno (nigdy ostro łamane) linie, miałem przed sobą cały czas.

Sławek Janicki & Kazuhisa Uchihashi / 13 sierpnia / Mózg, Bydgoszcz

Nie pamiętam już treści rozmowy, która mnie do tych słów doprowadziła, ale rzuciłem finalnie do przyjaciela: „jeśli po niemal 20 latach słuchania muzyki na żywo, można wyciągnąć jeden wniosek, który stosuje się do wszystkich muzyków, to chyba tylko taki, że każdy może zawalić koncert – nawet największy mocarz”. Tę szorstką konkluzję przed wyjazdem do Bydgoszczy wciąż musiałem sobie przypominać, by zachować niezbędny spokój – skąd trudność, by powściągnąć emocje? Z życia – z tych poczynań Sławka, z którymi zetknąłem się w ostatnich latach bez pośredników, jedynie warszawski Arhythmic (2017) podsumowałbym jako: „trochę taki, trochę siaki” – bo zalety z wadami się tam nieustannie przeplatały… Może jeszcze duet z Sainkho Namtchylak (2017) dostałby naklejkę „bardzo solidny”. A reszta, czyli: Arhythmic szczeciński (2017), koncert z Kazuhisą Uchihashim (2018) i nietrwający nawet kwadransa występ składu: Janicki / Uchihashi / Buchanan / Nooan / Dobie (2019)… Po nich wszystkich się trząsłem. Nie mogłem w nocy spać i jeszcze przynajmniej przez kilka dni moje myśli krążyły głównie wokół usłyszanej muzyki, a nierzadko najsilniej wokół samego udziału kontrabasu w niej, dlatego radość i wysokie oczekiwania trudno było utrzymać na wodzy.

On the other hand… Z tyłu głowy miałem doświadczenia z kilkoma innymi muzykami radykalnie improwizującymi, których słuchanie po raz kolejny okazywało się klęską i bałem się czy Sławek na tę stronę mocy nie przejdzie po pandemicznej przerwie. Dobrze te lęki obrazuje część rozmowy z Michałem Górczyńskim:

Kiedy rozmawiałem z Pawłem Szpurą wspomniał, że odszedł obecnie od czystego improwizowania, bo to – paradoksalnie – chodzenie wciąż tymi sami ścieżkami. Zgodziłbyś się z tym?

Jak najbardziej. Dokładnie tak jest. Przede wszystkim ze względu na budowę samego mózgu. Wiesz, znane są historie improwizatorów, których koncerty latami opierają się na tych samych lickach, nie ma tam żadnego rozwoju – pewien zamknięty arsenał, którym oni wyrażają pewne rzeczy, ale gdy słyszysz tego samego gościa w czwartek, piątek i sobotę to pierwszego dnia go kochasz, następnego dnia jest już tylko fajnie, a kolejnego jesteś jedną nogą za drzwiami. Zdarzały się koncerty free, gdy wyszedłem po dziesięciu minutach. Nie byłem w stanie wytrzymać tej ściany dźwięku. Wciąż duża moc, pełno emocji, nie potrafiłem tego znieść.

Ale dalsza część wypowiedzi Michała zawierała w sobie konstatację odwracającą ten wywód do góry nogami:

Wiem, że free improv jest zamykające choć grane do przez, na przykład, Kazuhisę Uchihashiego, nie sprawia podobnego wrażenia. On ma tak szeroki wachlarz możliwości na daksofonie i gitarze elektrycznej, a zakres jego brzmień i odcieni jest tak potężny, że pozostaje poczucie obcowania z brakiem ograniczeń.

A gdy dorzucimy do tego jeszcze taką wypowiedź Sławka:

Muszę z radością powiedzieć, że od 5 lat czuję się na scenie zawsze dobrze, chyba, że trafi się wieczór muzyki improwizowanej z ludźmi kompletnie przypadkowymi, jak to się czasami w Warszawie zdarzało, kiedy grasz rzeczy, których nie chcesz grać, a trochę głupio zejść… ale generalnie wszystko, co gram z ludźmi, których sobie wybieram i którzy mnie wybierają, mnie zadowala. A od czego to zależy? U mnie to przyszło z wiekiem. Kiedyś byłem strasznie niepewny tego, co się na scenie wydarzy, a zawsze graliśmy muzykę improwizowaną i często miałem potworne uczucie, że wszystko jest źle i może nawet źle graliśmy, ale od pewnego czasu nie mam tego spięcia w ogóle. Wiesz, jak masz 20 kilka lat to nie jesteś tak dobrym muzykiem, jak wtedy gdy masz 50, a w pewnym momencie życia muzycznego przychodzi taki moment, że się odpuszcza pewne sprawy, bo jesteś na innym etapie życia. Ciekawe jest to, co Gwizdek [Tomasz Gwinciński] zauważył jak przyjechał do Lublina… tam też byłeś?

Nie (śmiech).

OK. My się spotkaliśmy wtedy na scenie po 18 latach. On nie wiedział, co się wydarzy i powiedział: „cokolwiek zrobimy jest fajne”. Możemy grać równo, nierówno, jeden to a drugi tamto i będzie w porządku. To jest oczywiście pozorne, bo te lata obcowania z muzyką sprawiają, że muzycy wchodzą na scenę, są dojrzali i okazuje się, że mogą razem grać coś zupełnie nowego, nie ma żadnych granic i ta wspólna świadomość i spójność sprawia, że wychodzi z tego, zazwyczaj, ciekawa muzyka.

…to naprawdę trudno było się nie ekscytować, choć sądziłem, że jestem już na to trochę za stary (nie tyle kalendarzowo, co liczbą wysłuchanych koncertów). Zresztą… wspomniałem go też w swym tekście o Polimorfii, krytykując grających w orkiestrze NFM kontrabasistów. Pisałem wówczas: „O próbę, by do pewnego zderzenia doprowadzić, posądzałem nawet dwa kontrabasy, ale kiedy porównam ich rejestr z bezpardonową siłą Sławka Janickiego (naturalnie mi się narzucającą), to te pociągnięcia przypominały raczej sławne ujęcia trzęsących się nóg małej żyrafy, ledwie łapiącej równowagę podczas stawiania pierwszych kroków z filmów National Geographic.

I podtrzymuję! Takie było tło…, ale czas przejść wreszcie do sedna, czyli na Parkową 2. Wchodzimy zatem najpierw po krótkich, potem dłuższych, a później jeszcze krótszych (niż te pierwsze) schodach, siadamy i z radością odnotowujemy, że sala wciąż pachnie tak samo… Z początku się jeszcze Panowie szukali, ile to trwało? Nie wiem, zakładam, że 4-5 minut. Później gdy materia zaczęła gęstnieć, przeszkadzająca okazała się odległość pierwszego rzędu od sceny, która tego dnia była – chyba przez fakt filmowania – wprost absurdalna, więc… Po prostu wziąłem krzesło i usiadłem gdzie usiąść należało, tj. z głową pomiędzy wzmacniaczami Kazuchisy i Sławka i – mój Boże.

Znane są przypadki ptaków, które polują w tandemach – np. orzeł bielik do takich należy, cytuję: „jeden osobnik płoszy albo prowokuje do nurkowania, a drugi nadlatuje i chwyta zdezorientowaną lub wynurzającą się ofiarę”. (Andrzej Kruszewicz, Agnieszka Czujkowska Ornitologia Tom II). Wyobraźmy sobie, co się dzieje, gdy taki drapieżny duet tworzą zwierzęta z różnych gromad. Przysięgam, że podczas słuchania (właśnie spod sceny, dzięki uderzającej różnicy w odbiorze) zobaczyłem oczami wyobraźni biegnącego niedźwiedzia brunatnego i lecącego nad nim puchacza.

Przedzierali się przez dżunglę, która wciąż zmieniała kolory… A mogła je zmieniać, bo wnętrze sali bydgoskiego Mózgu nigdy wcześniej nie brzmiało TAK WSPANIALE. Przy krańcowej ekspresji wszystkie różnice pozostawały czytelne. Kontrabas był brudny tylko „z łapy”, a rozkręcana gęstość nie przytłaczała, bo dialog wysokich i niskich częstotliwości docierał w całej rozciągłości. Przez chwilę pomyślałem też, że tak pomysłowego Sławka chyba wcześniej nie słyszałem…, ale na ile to kwestia nowego systemu, a na ile dobrego dnia? Nie potrafię rozsądzić. Na pewno jego dźwięk nie był nasączony prozą życia. Te Sławkowe basowania, choć tak przeze mnie niemal ukochane, często gdzieś z tyłu nosiły ślad umęczenia codziennością, były w jakiejś mierze szare i ciemne. A teraz? Gdzie tam! Wydobywany ton pozostawał świeży, uśmiechnięty i pełny.

Dotykam teraz drugiej kwestii dla czasów pandemicznych ogólnej – część artystów, prezentuje się po lockdownach lepiej niż kiedykolwiek. Znów nazwiska nie podam (bo znane), ale gdy opinię o wyjątkowości występów w tym okresie wyraziłem rzekł: „wiesz co? Gramy średnio co miesiąc i przez to za każdym razem chce mi się grać całym sobą… Tak się cieszę, bo w sumie przez to słabych i rutynowych koncertów nie gramy”.

Być może jest to uwaga z cyklu: „po wybuchu bomby atomowej, proszę państwa, na ziemi powstał nowy gatunek niespotykanej urody kwiatu…” No, ale nie widzę też powodu, by o tym nie pisać.

A wracając do występu w duecie – uzyskana selektywność odbiła się również na gitarze. Kazuhisa używa wielu efektów, o różnej proweniencji – pociągnięcia w tej sferze bywały nagłe i skrajne. Raz dosłownie cała sala została zalana jasnym rozległym rejestrem… No i – niedźwiedź z puchaczem nie zawsze polowali, weszli np. w rozwalony (choć wciąż bujający) groove – zupełnie jakby tańczyli wokół ogniska.

Moment gdy się poważnie rozjechali był jeden – gdzieś pod koniec, Kazuhisa wypuszczał riff, który znienacka zamykał, startował z następnym i dla Sławka nie było w nich miejsca. Szybko mu ta (swoiście komiksowa) faza, na szczęście, minęła. A tak ostatecznie… Ci, którzy postanowili do Mózgu wówczas zawitać, tego co usłyszeli już nigdy nie zapomną (no, chyba że w wyniku choroby, bądź urazu głowy).

Post scriptum: a teraz coś, o czym wspominać nie chciałem, ale uświadomiono mi, że ta drobnostka łączy się wprost z tematem wpływu publiczności na muzyków (klik) przez co ma pewien walor, powiedzmy, „dowodowy” – opowiadam więc, choć troszkę mi niezręcznie.

Otóż: siedząc we wspomnianym pierwszym rzędzie z zamkniętymi oczami, machałem rękami i głową (jak to w chwilach największego uniesienia mam w zwyczaju), bo… to dziwne co powiem, ale czuję się wówczas jak „bierny dyrygent”. Potrzeba „machania” jest silna… i nagle spostrzegł mnie Kazuhisa. Jak to rzekł przez telefon (jakiś tydzień czy dwa po koncercie) głos: „gdy on zobaczył co ty na tym krześle wyprawiasz, to zaczął smyczkiem walić w gitarę znacznie mocniej! To był najlepszy moment koncertu”.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najbardziej popularne
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze

[…] a potem rzadziej bywałem w tej części miasta. W międzyczasie wydarzył się koncert w Łodzi i gdy natrafiliśmy na siebie ponownie tematów nie brakowało. Najpierw […]