Sztuka dopasowania: Gerry Jablonski Band, Goddamn

Gerry Jablonski & The Electric Band - Goddamn

Redakcja Ze Słuchu lubi działać niestandardowo. Czasem to zabawa pod górkę. Jestem jedyną z naszej trójki, która nie jest związana emocjonalnie z zespołem Gerry’ego Jablonskiego. Adam i Maciej byli na ich wielu koncertach, śledzą poczynania kapeli od wielu lat. Pisali o nich także na swoich blogach[1]. Co prawda, wiem o istnieniu Gerry Jablonski Band od dłuższego czasu, od kiedy polskie bluesowe środowisko się nimi zainteresowało, jednak nigdy nie przystanęłam dłużej przy ich muzyce.

I gdy jest świeżo po premierze najnowszego singla Goddamn, kto ma o tym napisać? Podobno potrzeba na Portalu chłodnej oceny, nowego spojrzenia na muzykę GJB. Może jeszcze z tego wstępu nie wynika, ale nie zostałam do tego przymuszona, zgodziłam się dobrowolnie.

A teraz poważnie. Potrzebowałam zaledwie chwili z muzyką GJB, by zrozumieć, skąd ten entuzjazm męskiej części naszej redakcji. Mało tego, mam ochotę podzielić się z Czytelnikami swoim nieco opóźnionym odkryciem.

Proponuję podzielić fenomen, a zarazem paradoks Gerry Jablonski Band na trzy aspekty: brzmieniowy, personalny i wydawniczy.

Brzmienie

Zespół z Aberdeen założony został przez perkusistę Dave’a Innesa (nie żyjącego już, zastąpił go młody bębniarz Lewis Fraser), gitarzystę i wokalistę Gerry’ego Jablonskiego, harmonijkarza Piotra Narojczyka i basistę Grigora Lesliego. Mają na koncie sześć albumów, w tym dwa koncertowe. Grają wspólnie kilkanaście lat, stworzyli unikalny styl, choć nietrudno nie usłyszeć wpływów klasycznego rocka, blues rocka czy hard rocka.

Niesamowite jak kompletny jest ten zespół. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że kontynuują dziedzictwo ponadczasowych kapel rockowych, łącząc różne inspiracje, ale równocześnie dokładają swoją cegiełkę. Przedziwne to zjawisko, słuchając ich, z jednej strony mam „przed uszami” cały wachlarz zespołów rockowych, blues rockowych z lat 60. i 70., a z drugiej strony nie mogę wskazać jednego konkretnego wykonawcy, do którego GJB jest najbliżej. To właśnie pewne niuanse – jak przedziwne połączenie osobowości, muzycznych preferencji każdego z osobna – sprawiają, że szkocka grupa mimo swojej klasyczności rockowej, brzmi unikatowo, ale o interpersonalnych aspektach później.

Oczywiście najważniejszą rolę w budowaniu brzmienia pełnią umiejętności. Każdy z muzyków jest mistrzem swojego instrumentu, Grigor Leslie to wysublimowany basista o jazzowym zapleczu, Piotr Narojczyk, ewenement wśród współczesnych harmonijkarzy, natomiast Gerry Jablonski jest doskonałym gitarzystą i wokalistą, jego klasa i umiejętności mogą równać się z największymi głosami rocka. To nie są puste frazesy, on brzmi jakby był spokrewniony z Anną Dustin Wilson, Paulem Rodgersem albo Ianem Gillanem.

Napięcie albo cud interpersonalny

Znam muzyków wyłącznie z wywiadów, które zostały wydane w książce Macieja Geminga[2]. Stworzyłam sobie pewien obraz trójki ze składu (Gerry’ego, Piotra i Grigora). Każdy z nich ma inne podejście do grania, do muzyki, do publiczności, inaczej rozumie jej funkcje. Gerry i Piotr są liderami, przy czym Piotr to osobowość dominująca na scenie. Natomiast Grigor jest raczej wycofany, zna swoje miejsce w szeregu, postawa ta wynika, myślę, z najmocniej ugruntowanego poczucia własnej wartości jako muzyka. Dodatkowo to basista marzeń, bo jest oparciem, zapewnia bezpieczeństwo rytmiczne w tej pędzącej maszynie. Patrząc na zachowanie harmonijkarza, niemal przepychanie się na scenie ze swoim ego, drżę o tę tykającą bombę. Ale finalnie okazuje się, że bomba nie wybucha. Możliwe, że rolę doskonałego sapera odgrywają właśnie basista i akceptacja Gerry’ego. Zatem jak istotne w ich przypadku jest dopasowanie się osobowości.

Zmora producencka

(obiecuję, zaraz przeczytacie o najnowszym singlu)

Ostatni paradoks zespołu Gerry Jablonski Band to ich nieuchwytność. A wręcz pech wydawniczy. Mówiąc krótko, ogień, który płonie na koncertach, nie został utrwalony na wszystkich czterech albumach studyjnych i jednym typu live. Do czasu poznania Leszka Łuszcza (znanego choćby ze współpracy z Voo Voo, Markiem Piekarczykiem, Marią Peszek czy Wojtkiem Klichem), z którym wydali płytę, najbardziej oddającą ich energię – Live at the Blue Note[3] – gdy go słucham, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zespół Jablonskiego za czymś pędzi. A może inaczej, grają nieprzerwanie na poziomie najwyższego stężenia napięcia. Są naładowani, a przy tym podejmują inteligentne decyzje w graniu między sobą i w sobie. Jedyne wytłumaczenie tego paradoksu to cud interpersonalny. I tu dochodzimy do najnowszego singla Goddamn, który jest kolejnym efektem współpracy z nowym producentem. Co więcej, singiel – jak można było domyślać się po przesłuchaniu Live at The Blue Note – przerwał studyjne fatum. Jeśli Gerry Jablonski Band zamierzają na kanwie Goddamn stworzyć długogrający krążek z pomocą Łuszcza, to fani szkockiej kapeli mogą już dziś zacierać ręce. Bowiem, pech wydawniczy, ich zmora może być tylko historią, a nieuchwytność fenomenu w wymiarze pełnego albumu studyjnego stanie się mitem.

Najnowszy singiel Goddamn pozwala poznać twórczość GJB, bo jest reprezentatywny. Zatem co w nim słychać? Szybkie, charakterystyczne tempo, surowa, elektryczna harmonijka, która wręcz walczy o dominację z równie drapieżną gitarą. Chwytliwy tekst, wytrawne solówki i mocny, krzykliwy acz melodyjny wokal. To cały GJB w studiu, a co się dzieje na koncertach? Słyszałam wręcz legendy o niezapomnianych emocjach i doświadczeniu, jakim jest słuchanie ich na żywo. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko życzyć sobie zobaczenia ich na scenie!

Najnowszy klip do singla Goddamn
Gerry Jablonski Band & Alan Nimmo (King King), Heavy Water

[1] Adam napisał o albumie Live at the Blue note, Maciek opowiedział historię powstania tego albumu, do którego dołożył sporą cegłę.

[2] Maciej Geming, O muzyce się nie gada, 2019.

[3] O historii powstania tej płyty pisał Maciek, link w przyp. 1.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze