W pałacu wieje: relacja z koncertu Moniuszko String Quartet

Napisał do mnie pewnego czwartku Krzysztof Kubasik, że zaprasza na koncert, bo z kwartetem moniuszkowskim grają ciekawy repertuar. Ceniłem go za to, co robił w składach Waldka Rychłego, termin pasował, program istotnie zdawał się interesujący, a jeszcze do tego… wejście za darmo.

Moniuszko String Quartet / 4 października 2021 / Pałac Działyńskich (sala czerwona), Poznań

Dlaczego „zdawał się”? Kawał życia spędziłem na tym, by moje wykształcenie muzyczne było przede wszystkim wykształceniem „koncertowym” – tę formę odbierania dźwięku do dziś mam za najwłaściwszą, ale nie trudno w tym podejściu dostrzec pewne słabości. Jedną z nich jest marginalizacja nagrań. Drugą zaś to, że nakaz moralny, by choć niektóre okresy w muzyce zgłębiać w sposób systematyczny znika zupełnie z horyzontu. Czego skutkiem było zakłopotanie na widok nazwisk Spisak czy Gajewski w festiwalowej książeczce.

W szczegółach lista prezentowała się tak:

Michał Spisak Kwartet smyczkowy (1953)
Henryk Mikołaj Górecki I Kwartet smyczkowyJuż się zmierzcha” op. 62 (1988)
Jaromir Gajewski III Kwartet smyczkowy (2021)
Tadeusz Baird Play na kwartet smyczkowy (1971)

To, co o utworze rozpoczynającym mam do napisania, wielu zda się pewnie nieznośnie „niesprawdzalne”. Trudno – krytyka muzyczna to nie jest zajęcie dla ostrożnych. Otóż – pierwszy kwartet smyczkowy Spisaka brzmiał niczym twór człowieka, w którego osobowości tkwiło głębokie pęknięcie. Jak gdyby jego styl myślowy był zakorzeniony jeszcze w ogładzie i uporządkowaniu wieku XIX, jednak on sam wpadł jak śliwka w kompot w wiek XX, stąd co i rusz, na zmianę, pojawiały się części a to wesołe, a to smutne czy fragmenty jasne i spokojne, przecinane bez uprzedzenia minorami. Poczucie trwającej w najlepsze dychotomii mijający czas tylko wzmacniał.

Sądzę, że osób z tym, co naprędce nazwę „kłopotem Spisaka” mogła być wówczas masa, może i całe pokolenie, jednak usilnego wciskania zaprezentowanej muzyki w panoramę cywilizacyjnych przewrotów ubiegłych dziesięcioleci nie stawiam sobie za cel w stopniu nawet najmniejszym. Wręcz przeciwnie – po prostu ten rodzaj konstrukcyjnego rozchwiania okazał się aż tak sugestywny, że owe skojarzenia przywiódł i utrzymał.

Co istotne, te pół godziny wystarczyło, by pewne dyspozycje składu wyszły na jaw. Po mojej prawej stronie mieliśmy sekcję „przyjaciół muzyki” tj. Remigiusza Strzelczyka (altówka) i wspomnianego Krzysztofa Kubasika (wiolonczela), budujących atmosferę bezpieczeństwa i stabilności. Obydwaj zapewniali: szeroki, pełny i solidny fundament, który temperamentem wpisywał się w farmaceutyczną zasadę quantum satis – o niedoborach ekspresji nie mogło być mowy, ale o nadwyżkach również nie, było jej dokładnie tyle, ile trzeba.

Inaczej z Sandrą Haniszewską-Kubasik, siedzącą naprzeciw wyżej wymienionych. Gdy sparafrazować jedną ze znanych wypowiedzi Henryka Elzenberga i zamienić kilka słów stosownie do okoliczności, to cytat pasuje jak ulał:

[Koncert] jest stanem wojny. Nie dajmy się omamić pozorom: stosunki między [muzykami] mogą być jak najbardziej kurtuazyjne, – nie przeszkadza to, że są walką, walką o [muzykę], a więc o życie.

Sandra pokazała, że można w określonych ramach – poprzez bitną dziarskość – wejść z częścią muzyków w twórczy konflikt, nie biegając przy tym „po sąsiadach”, a podczas realizacji partytury wciąż stawiać jednoznacznie na swoim. A jak Wojciech Sablik? Jego skrzypce słyszałem najsłabiej i tego, co teraz napiszę, nie jestem tak pewien jak opinii wcześniej wyartykułowanych, ale odebrałem go jako wykonawcę lokującego się dokładnie pomiędzy zasygnalizowanymi tendencjami – nie ma w sobie aż takiego parcia do bójki, ale cóż w tym złego, by nagle zejść z utartej ścieżki i poskakać trochę po kamieniach? Bez przesady z tą potencjalnie zwichniętą kostką.

Przejdźmy do Góreckiego. Jego charakterystyczna “anaforo-centryczna” (nieco naciągam znaczenie terminu anafora) metoda znów się sprawdziła. Czy została należycie podana? Tak. Szczególnie powtórzenia grane od około połowy szóstej minuty, wymagały specyficznego rodzaju zgrania, gdy wszystkie instrumenty musiały brzmieć maksymalnie stopliwie – wyszła jednobarwna MAGMA, głośna, jadąca wolno w przód niczym walec drogowy. Choć nie brak było później innych istotnych momentów, to wykreowana intensywność i skok dynamiczny uważam za kluczowe, zarówno dla utworu jak i całego wydarzenia.

A teraz wbrew chronologii, chodźmy do Bairda. Nie byłem jego kompozycją szczególnie urzeczony, ale rok 1971 to dla mnie (między innymi) koniec Krzysztofa Pendereckiego, a De Natura Sonoris II mam za ostatnie wielkie dzieło mistrza. O czym w poniedziałkowy wieczór sobie przypomniałem, bo kwartetowi moniuszkowskiemu udało się uchwyć ducha czasu, właśnie z tym rokiem spójnego. Również u Bairda w Play ostatki awangardy pobrzmiewają i choć w domu nie słuchałbym tej kompozycji sam z siebie, to wtedy powiało starym wiatrem.

Z jakiego powodu zostawiłem III kwartet Gajewskiego na koniec? Bo faktycznie był inny, ale w tym złym sensie. To znaczy – dwubiegunowość Spisaka, masywność i stylowość Góreckiego oraz archaiczność Bairda pachną czymś osobistym i obudziły: albo szacunek, albo podziw, albo zainteresowanie, a tu nie poczułem tego za grosz. A to technika taka, a to siaka, wstęp, stukania, kulminacja, no zrobiło się głośniej, a potem ciszej i koniec, 6 minut minęło, ale w zasadzie nie wydarzyło się nic. Rzetelna (być może) robota kogoś, kto posiada warsztat – wszystko było – tylko kawałka siebie Jaromir Gajewski w tej partyturze nie zostawił.

Kwartetowi moniuszkowskiemu brak tylko jednego – ogrania. Mogliby (poza tym, że grają równo, z klasą i razem) być jeszcze bardziej organiczni i “szponiaści”, acz radość to wielka, że w Poznaniu taki skład się pojawił, oby przetrwał długie lata.

A na koniec sprawa nie mniej ważna niż wszystkie wcześniej napisane. Organizatorom festiwalu należy się pochwała za wybór miejsca. Pogłos sali czerwonej w Pałacu Działyńskich jest IDEALNY dla kameralnych składów akustycznych.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze