Zjeść przyrodę: rozmowa z Mateuszem Pospieszalskim

Gdy już przesłuchałem płytę Tam i sam i skończyłem spisywać notatki do recenzji, postanowiłem zadzwonić do Mateusza, by mu o swoich odczuciach opowiedzieć. Wystartowałem od dość grobowo wyartykułowanego: „muszę ci coś powiedzieć”. Na co odrzekł: „no tak zacząłeś, że zaczynam się bać”. Po trzech minutach zorientowałem się, że trafiłem na dobry moment i warto by treść naszej rozmowy jakoś utrwalić, ale gdybym się z tym zamiarem ujawnił, to całą dotychczasową atmosferę szlag by trafił, więc chwyciłem za dyktafon, kliknąłem ikonę trybu głośnomówiącego i rozpocząłem popełnianie przestępstwa.

Nie przejąłem się tym szczególnie, bo Mateusz w tekście zapowiadającym Tam i sam wspomniał: „Tak! Wziąłem mój saksofon i działając troszeczkę jak złodziej zagrałem. Sam.” Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie… Gdy oznajmiłem Mateuszowi, że może się ode mnie niebawem spodziewać tekstu do autoryzacji odpowiedział: „hmm. Czyli z całych 29 minut rozmowy mamy ich TYLKO 26?”… Tyle tytułem wstępu. Co zaś zostało powiedziane?

…deszcz zaczynał padać właśnie wtedy, gdy zacząłem grać i podczas trwania tego utworu – Zwieczorniałego – on się nasilał! Drugi i trzeci odcinek nagrałem również na ganku, ale później się rozochociłem i wszedłem w tę ulewę. Całość materiału nagranego w plenerze miała 5-6 godzin, więc musiałem podjąć drastyczną decyzję i wybrać 50 minut. Tak by w granicach płyty CD powstała rzecz, która bardziej wzmaga apetyt niż nudzi. Na początku chciałem wszystko do jednego wora wsadzić: są tu ładne rzeczy w tematach, są w tematach rzeczy brzydkie, ponagrywałem dużo elementów free… Najbardziej frytowym fragmentem to chyba jest odcinek z molo – co ciekawe – dopiero przy odsłuchu odkryłem, że naturalnie gram w odcinkach, a nie cięgiem np. przez godzinę… Jestem formistą i zawsze przywiązywałem do tego klasycznego układu wagę, czyli: wstęp, rozwinięcie, zakończenie. Główna zasada była taka, by się w tym materiale nie popisywać – potrafiłem często przegadywać sprawę, a teraz nie chciałem pokazywać tego egocentrycznego JA. Rozumiesz? Więc, żeby to wszystko ze sobą zagrało, musiałem zostawić miejsce dla otoczenia, w którym to się odbywało – inaczej nie miałoby sensu i dlatego np. w Zwieczorniałym słychać te świerszcze. W połowie utworu Odlot w podniebie nagle nadfrunęły dzikie gęsi! To było interesujące – ja przed ich przybyciem zakończyłem pewną podróż, coś się zaczęło zmieniać, wyciszyłem się trochę… Właśnie wtedy one nadleciały i wciągnęły mnie w interakcję. Tak samo z drugim utworem nagranym w Jacznie, czyli Nieba zbłąd. Taki tytuł ma swoje uzasadnienie – bo kto na tym niebie zabłądził? Samolot! Sztuczny twór ludzki. Nie przeleciał nagle obok z hukiem, był gdzieś daleko i wysoko ponad chmurami i w miarę przybliżania i oddalania, jego dźwięk delikatnie się obniżał. A wobec ciszy jeziora był tak słyszalny, że nadał mi tonalność narracji, więc się do niego dostosowałem…

To mam taki cytat dla ciebie: „dzisiaj na próbie znaczenie miało to, że ze mną ptaki śpiewały! I to jest cudowne, to znaczy, że jest dobrze – jeśli trzymam się na tym poziomie, że natura mnie kocha, to jest OK. Grałem takie koncerty np. w Sztynorcie o wschodzie słońca, kiedy zaczynałem muzykować już około godziny 4.30 rano na kapitanacie, gdzie jachty wpływały. To budzenie się dnia… Ptaki mnie słuchały, ja grałem razem z nimi, po prostu grałem z naturą”. Józef Skrzek mi to powiedział kilka lat temu – myślę, że byliście w podobnym stanie.

Na pewno! Jeśli ktoś docenia to, co go otacza: świat, przyrodę i przyjmuje to z pokorą… Wiesz, człowiek może się tak zachwycić przyrodą, że aż chce ją zjeść! A jedynym sposobem, żeby to uczynić, to spróbować się z tym zgrać. Dlatego ta moja przygoda nie zakończy się na epizodzie letnio-jesiennym, bo pierwsze dźwięki nagrałem w lipcu, ale wtedy nie byłem przygotowany sprzętowo. Z tego powodu wróciłem na północną Suwalszczyznę z końcem sierpnia, nagrałem już we właściwy sposób te wszystkie deszcze, a wraz ze zmianą pory roku przyroda już nieco przysnęła i dzięki temu nie miałem rozwrzeszczanej sitwy: ptactwa, żabstwa i robactwa, bo już przyszedł okres przygotowań do zimy. Na wielkiej polanie w Dzierwanach dawałem dźwięk pod las, czekałem na odbicie i nagle dwa drozdy zaczęły ze mną dyskutować – chciały koniecznie zaznaczyć, że to jest ich teren i to możesz usłyszeć na nagraniu. One później przestały się denerwować, uznały mnie za swojaka, bo zrozumiały, że to co się dzieje, nie stanowi dla nich żadnego zagrożenia. Teraz natomiast przygotowuję się do wiosny, ale nie zapominam też o otoczeniu industrialnym – chcę nagrać koncert w całkowitej kontrze do Tam i sam, czyli wykorzystać na przykład ogromne kadzie, jakie możesz znaleźć w browarze… Chcę podejść do tego w styczniu i równie mocno mnie to ciekawi.

Jasny gwint… Jak tu wrócić na ścieżki natury? Spróbuję – jest taki moment na płycie, kiedy się graniem klapami z deszczem zjednoczyłeś…

Żebyś wiedział! Obok były takie byliny z dużymi liśćmi i jak większe krople (które się zebrały na okapniku) spadały na te byliny, to wyszedł z tego dźwięk bardzo perkusyjny, rytmiczny i zróżnicowany, a nie jak zwykle jednostajny. Natychmiast to tak poczułem… Świetnie zrozumiałeś tę moją intencję. A robiąc później singla – o którego mój syn Marek ma do mnie pretensje, bo uważa, że zabrałem nim moc płyty – pokusiłem się o dogranie dwóch śladów (śmiech).

Też się tego bałem – to znaczy, czy ten akompaniament nie przekreśli wcześniej zdobytych rezultatów, ale z Markiem się nie zgadzam. Jednak wciąż jesteś sam z tą muzyką i tak delikatna zmiana mnie zaskoczyła, ale tylko na plus – uśmiechnąłem się lekko, ale w tym dobrym sensie.

Zostawiłem tam zasadniczy temat Zwieczorniałego na początku i dograłem do tego klarnet basowy, który solowo nigdzie indziej na płycie nie uczestniczy, ale jako fundament mi bardzo pasuje. Potem dodałem klapami trochę wspomnianej perkusyjności, no i go skróciłem.

Mam taką uwagę – w utworze z psem słychać nienaturalne wyciszenie…

Tak, zgadza się, muzyka szła dalej w taką frytową stronę, ale zamknąłem to, bo uważam, że nagrałem znacznie bardziej interesujące fragmenty. Natomiast ten pies mnie zaskoczył – sam kontakt z nim mi się spodobał, bo to bardzo życiowe, że tak mi się wciął, dlatego zostawiłem tylko tę minutę (śmiech).

A powiedz mi jeszcze a propos utworu dziewiątego – ten pogłos jest wygenerowany w postprodukcji czy byłeś w jakimś wnętrzu, które tak rezonowało? I druga sprawa – nie wiem czy ten utwór jest mi tu potrzebny. Wszystko co w nim zawarłeś już na pierwszych, spokojniejszych, kompozycjach zostało powiedziane… I z jego wyciszeniem też mam jakiś problem.

Już Ci mówię, aby uniknąć kompresowania materiału, skupiłem się na wydobywaniu naturalnego pogłosu z przestrzeni, w której grałem i to były jedyne edycyjne pociągnięcia. A Nieba zbłąd zostawiłem właśnie ze względu na ten samolot – w połowie nadleciał, a później jak zniknął to zabrał sobą resztę myśli. Posłuchaj go może pod tym kątem? Ten utwór nagrałem w Jacznie, fragmentów stamtąd nie ma na albumie za wiele, ale dla mnie ten czas był naprawdę ekscytujący, bo kompozycje, które tam powstały obfitują w te dodatkowe historie, czyli gęsi i samolot. A sam teren – ze swoją dziewiczością, roślinnością, przestrzenią, miał wpływ na nagrania i one robią na mnie największe wrażenie. Może dlatego, że spędziłem tam najwięcej czasu? Byłem teraz po raz czwarty w tym samym miejscu, był wiatr, stanąłem na pomoście i jak krzyknąłem to… zero pogłosu! Wiatr wszystko zabrał – miałem szczęście. Trzeba mieć odpowiednią aurę. Gdy nagrywałem na plaży miałem sporo wątpliwości, czy przypadkiem nie wejdzie mi tu jeden wielki, stały szum… I potem nie wiedziałem czy odszumiać, czy nie? A jeśli tak to ile? Okazało się, że raz z tym odszumianiem przesadziłem… Do następnych produkcji chyba wypożyczę lepszy mikrofon kierunkowy, do rejestracji w przestrzeni, wtedy będzie mi łatwiej.

Rozumiem, że masz uwagi, ale – jak wiesz – ja o brzmieniu płyty Tralala i ostatniego Tie Breaku mam zdanie jak najlepsze i uważam, że ta produkcja standard ten podtrzymuje.

Bardzo ci dziękuję! Mam obiekcje barwowe, bo zdaję sobie sprawę z pewnej ubogości sprzętu nagrywającego, ale generalnie z tego materiału jestem CHOLERNIE zadowolony! Ponieważ realizując to w zupełnie innych warunkach niż studio czy sala, konwersując z przyrodą, poczułem się nasycony życiem. Bo jak patrzysz w morze, to chciałbyś całe przepłynąć, a jak patrzysz w góry to na każdy czubek się chce wejść i dając z siebie – w takim otoczeniu – dźwięk, poczułem spełnienie.

Chciałem jeszcze się podzielić takim spostrzeżeniem, że nawet jak grasz te ciut ostrzejsze rzeczy, to ani razu nie ułatwiasz sobie zadania jakimś jednoznacznym, definitywnym nastrojem. Rzeczy wesołe nie są głupkowate, a smutne nie są dołujące – nie zawieszasz się na słuchaczu. Dużo miałem miejsca na własny ruch myśli. Wiesz, życie też jest przecież wielorakie… Wiesz co? Każdy muzyk w okolicach pięćdziesiątki powinien nagrać płytę solo – to by się okazało co w nim siedzi!

(głośny śmiech) Najśmieszniejsze jest to, że mnie nie naszła refleksja, że do czegoś dojrzałem. Po prostu coś mnie silnie zafascynowało, bo zwykle otwarty teren to są koncerty plenerowe, masz to monstrualne nagłośnienie… Zupełnie co innego. Pamiętam kiedyś koncert Tie Braku – jeden z pierwszych – jeszcze wtedy się za chłopakami tylko wałęsałem… Na koniec była taka dłuuuga ballada, gdy skończyli zapadła cisza i akurat przejechała karetka, a jej sygnał się wpasował IDEALNIE w tonację tego utworu. Przy tej mojej płycie solo, jest to – tak naprawdę – podobne zdarzenie, dogrywają się do mnie te okoliczności.

Fotografia: Agnieszka Wojt

Redaktor portalu Ze Słuchu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze