Zrozumieć przeszłość: rozmowa z Michałem Ciesielskim

Fot. Bartosz Kołaczkowski

Michał Ciesielski – pianista, kompozytor, aranżer związany z Trójmiejską sceną jazzową. Wraz z perkusistą Adamem Golickim i basistą Piotrem Gierszewskim tworzy od 2013 roku trio Confusion Project. Od naszego ostatniego spotkania w Gdańsku[1] minęło 6 lat i wiele się w tym okresie u Michała zmieniło: zdążył zamieszkać w Chinach, wydać kilka płyt, na koncie ma dwa solowe albumy (Between Black And White 2013, Share Location 2019), cztery nagrane z Confusion Project (How To Steal A Piano? 2014, The Future Starts Now 2015, Primal 2018, Last 2021) i dziewięć w innych projektach.


Aya Al Azab: Pozytywnie zadziwia mnie fakt, że pomimo twojej przeprowadzki, udaje się Wam z chłopakami z Confusion Project grać, być zespołem…

Michał Ciesielski: Nie będę ukrywał, nie jest to łatwe. Jestem w Chinach, chłopaki są w Polsce, jeszcze do tego panuje pandemia, która zdecydowanie utrudnia, a wręcz uniemożliwia powrót z Chin czy zaproszenie chłopaków tutaj na trasę koncertową. Natomiast zależy nam na tym, żeby zespół dalej trwał, cenimy sobie ten projekt – ostatnio liczyliśmy, że Confusion Project istnieje prawie 10 lat. Od siebie mogę powiedzieć, że dojrzałem przez ten czas, osiągnąłem dojrzałość muzyczną właśnie grając z Piotrkiem i Adamem, dlatego będzie to dla mnie zawsze szczególny skład. Mam nadzieję, że będzie nam jeszcze dane ponagrywać, pierwsze pomysły na kolejną płytę się pojawiają…

Jak zwykle wybiegasz ze swoimi planami w przód! Jak rozmawialiśmy te sześć lat temu, to nie zdążyła ukazać się płyta The Future Stars Now, a ty mówiłeś już o pomyśle na kolejną (śmiech).

To teraz nie będę mówił! (śmiech)

Nie! Mów, to nie forma krytyki, podoba mi się, że patrzysz w przód. To dobra cecha u twórcy.

Może i tak, choć – co prawda nie pamiętam dokładnie, ile ci powiedziałem w poprzednim wywiadzie – to, co wtedy miałem w głowie, powędrowało w rzeczywistości w totalnie inną stronę, więc może teraz bezpieczniej nie mówić o planach, skoro mają one się później zmienić (śmiech). Zaczekajmy i zobaczmy, co się w przyszłości stanie.

Po tylu latach przeobrażeń, wciąż Confusion Project i solowa droga to dwie najważniejsze ścieżki artystyczne w twoim życiu?

Na chwilę obecną tak. Choć pojawiają się inne projekty, które są mi bliskie, w które się chętnie angażuję. Szalenie przyjemnie pracowało mi się na przykład przy projekcie Ali Serowik. To pieśni kurpiowskie, które aranżowałem trochę „na jazzowo” [interpretacje pieśni z książki Puszcza Kurpiowska w Pieśni Władysława Sierkowskiego ukazały się na albumie Do Śë Såjd – przyp. AA]. To było coś, co dało mi ogromną satysfakcję. Natomiast solowa twórczość chociażby z przyczyn logistycznych jest bezpieczna. Warto mieć przygotowany solowy repertuar na wypadek chociażby aktualnej sytuacji. Będąc w Chinach, mając coś autorskiego, mogę na miejscu zaprezentować swoją muzykę, bez kompletowania składu. Poza tym granie solo jest dla mnie najbardziej wymagającą formą muzycznej wypowiedzi, bo jest się samemu na scenie, nie ma wzajemnej reakcji, wymiany inspiracji z muzykami, które są kluczowe w improwizacji, nie można też oddać pałeczki na chwilę kolegom, odpocząć… Granie samemu jest wyzwaniem i możliwością najszybszego rozwoju, także rozwoju czysto pianistycznego – instrumentalnego.

Natomiast Confusion Project to mój najstarszy, najdłużej grający zespół, w którym się doskonale rozumiemy, co najważniejsze z chłopakami się przede wszystkim przyjaźnimy. Dlatego – odpowiadając na twoje pytanie – tak, wciąż CP i solowa twórczość to najważniejsze drogi artystyczne dla mnie.

Jak zmiana otoczenia, kultury – tak odległej od polskiej wpłynęła i czy w ogóle wpłynęła na ciebie jako muzyka, na twoje postrzeganie jazzu? Jaka jest chińska scena jazzowa?

Życie w Chinach nauczyło mnie wiele, także pod względem muzycznym – nie tylko kulturowym, choć ten aspekt jest bardzo ciekawym tematem, który nadaje się na oddzielną rozmowę. Nauczyłem się tu sporo pod względem stricte fachu jazzmana. Z kilku przyczyn. Po pierwsze jest tu bardzo rozwinięta scena międzynarodowa, tzn. jest masa muzyków z różnych zakątków świata; jest też bardzo szybko rosnąca liczba muzyków jazzowych pochodzących z Chin; jest to idealne środowisko do wymiany kulturowej, do wymiany wiedzy i informacji. Mam tu okazję wykonywać muzykę afrokubańską z kubańskim perkusistą, muzykę latynoską z perkusistą z Kolumbii, jazz amerykański z amerykańskimi jazzmanami, gram w projekcie fusion japońskiego bębniarza. Na pewno czuję, że się rozwijam, zrozumiałem podejście np. do rytmów latynoskim na innym poziomie, niż rozumiałem to w Polsce.

Będąc poza granicami swojego kraju, widzę dopiero, że nasza kultura uprawiania muzyki jazzowej ma bardzo dużo do zaoferowania, ma swój pierwiastek, którego chyba nie do końca zauważałem, mieszkając w Polsce.

Czyli Chiny dały ci nie tyle możliwość obcowania z chińską kulturą, co międzynarodowe środowisko, otwartą na różnorodność kulturową scenę jazzową w przeciwieństwie do Polski?

Nie chodzi o otwarcie, którego Polskiej scenie na pewno nie brakuje, co po prostu o obecność innych kultur. W Polsce nie miałem wielu okazji grania w międzynarodowych składach, w większości Polacy tworzą polską scenę jazzową. Natomiast Chiny nauczyły mnie też, że polski jazz jest, kurczę, naprawdę na znakomitym poziomie. Trochę miałem takie poczucie przed wylotem do Chin, że wyrażenie polish jazz jest tylko takim naszym sformułowaniem, niekoniecznie tak mocno funkcjonującym na świecie. Będąc poza granicami swojego kraju, widzę dopiero, że nasza kultura uprawiania muzyki jazzowej ma bardzo dużo do zaoferowania, ma swój pierwiastek, którego chyba nie do końca zauważałem, mieszkając w Polsce.

Co do Chin – zrozumiałem tu, jak ważna jest tradycja wykonawcza jazzu, jak wymagający jest powrót do tradycji, zmierzenie się z estetyką muzyki swingowej, bebopowej, zrozumienie jej na nowo. W Chinach częściej niż w Polsce, gra się standardy. W naszym kraju przede wszystkim tworzy się oryginalną muzykę, autorski jazz, a jak zespół gra klasyki to w autorskich aranżacjach. Natomiast tu powszechne są koncerty, na których gra się wyłącznie standardy – i dopiero tu zrozumiałem, jak trudne jest zagranie ich dobrze.

A od czego zależy taki stan rzeczy? Dlaczego jest większe zapotrzebowanie w Chinach na granie standardów?

Wydaje mi się, że chińska publiczność lubi posłuchać tradycyjnej jazzowej muzyki, jest ona bardzo popularna. Muszę zaznaczyć, że jest tu ogromna scena tańca swingowego, co mnie na początku zdziwiło. Z tego powodu zdarzyło mi się grać na evantach tanecznych, co było ciekawym doświadczeniem. Mogłem zobaczyć specyficzny rodzaj odbierania muzyki i czerpania z niej radości – zupełnie inny niż na koncertach, czyli tańcząc do niej, reagując na nią ruchem. Przy tego typu wydarzeniach musi być to tradycyjny, swingujący jazz.

Ponadto nie ma tu zbyt wielu stałych składów, do składu danego zespołu często podchodzi się bardzo luźno, w zależności od dostępności muzyków. Bardzo wiele koncertów gra się w sytuacji dość spontanicznej – aranżowanych na ostatnią chwilę, często trzeba zagrać koncert bez próby. Dominująca większość wykonawców jazzowych w Chinach to wciąż przyjezdni muzycy. Mało jest tych, którzy zdecydowali się osiąść na stałe, więc ta wymiana ludzi czyni tę scenę dość dynamiczną.

Skoro jest więcej przyjezdnych, którzy tworzą jazz w Chinach, to jak wyglądają i czy w ogóle są ośrodki naukowe, wokół których często gromadzi się środowisko muzyków?

Oczywiście są. Wykładam na jednej z takich szkół, która się nazywa Contemporary Music Academy, jest to prywatna uczelnia i chyba jest największą akademią jazzową w Pekinie, zrzeszającą zdecydowaną większość zagranicznych jazzmanów. Tym bardziej, że dostarcza nam wizy na pobyt w Chinach, dzięki tej pracy mogę mieszkać na stałe w Pekinie. Rzeczywiście, miło się obserwuje, jak ludzie, którzy skończyli tą szkołę kilka lat temu, zaczynają tworzyć swoje składy lub stają się częścią składów swoich niegdysiejszych profesorów.

Fot. Bartosz Kołaczkowski

Nawiązując jeszcze do miejsca jazzu w kulturze chińskiej, jeśli dominuje swingowa, tradycyjna muzyka jazzowa, to oznacza także dominację jazzu bankietowego? Czy scena jazzowa w Chinach to przede wszystkim granie do kotleta?

Jak na całym świecie, wciąż jazz często gra się do kotleta, na imprezach firmowych, bankietach itp. Fakt, w Chinach jest tego sporo, natomiast się to zmienia. Pomału rozwija się świadomość jazzowa wśród słuchaczy, którzy niekoniecznie traktują jazz jako muzykę w windzie, ale przychodzą na koncerty i rzeczywiście z zaciekawieniem słuchają muzyki, rozumieją ją. W ogóle powstaje tu coraz więcej klubów jazzowych, już od czasu kiedy zamieszkałem, pojawiły się cztery nowe miejsca. Oczywiście, historia jazzu w Chinach jest krótsza niż w Europie, ale stale się rozwija. Aktualnie jest ciekawy moment dla jazzu w Chinach, ponieważ pierwsze pokolenie Chińczyków, którzy postanowili studiować na zagranicznych uczelniach, zdobyć fach i wiedzę od najlepszych, wróciło do Chin – to są ludzie, którzy mają po dwadzieścia parę lat i głowy pełne fantastycznych pomysłów. Czuję, że dzięki nim ta scena się diametralnie zmieni na przestrzeni paru lat.

Jesteś w dobrym momencie – można rzec – przełomowym! Ważnym dla przyszłości jazzu w Chinach.

Niewykluczone.

Muzycy to jedno, a co ze słuchaczami? Rozmawiałam kiedyś ze Sławkiem Jaskułke, który swego czasu bardzo często koncertował w Azji, o różnicach kulturowych, które także wyraźne są w percepcji sztuki poszczególnych kultur. Co ty zauważyłeś w chińskiej – a może pekińskiej – kulturze przeżywania muzyki, jazzu?

Na pewno znacznie różni się od percepcji w Polsce. Swoją drogą ciekaw jestem, co Sławek ma na ten temat do powiedzenia, bo on sporo koncertował w Japonii, w której sytuacja też jest zgoła odmienna, jest ogromny rynek jazzowy, chyba największy od razu po Stanach. W Chinach przede wszystkim można zauważyć entuzjastyczny odbiór muzyki. Często są to ludzie, którzy przychodzą z ciekawości. Zdarzało się w Pekinie, że po koncercie podchodziły do mnie osoby, mówiąc, że przyszli tylko dlatego, że chcieli dowiedzieć się, co to jest jazz. W Polsce natomiast taka sytuacja mi się nigdy nie zdarzyła – ludzie, którzy przychodzą na koncerty zazwyczaj są wyrobionymi słuchaczami. W 2019 roku z Confusion Project mieliśmy trasę koncertową po Chinach, zorganizowaną przez Jazz Po Polsku, graliśmy wtedy także w kilku ­– jak na warunki chińskie – malutkich miejscach. Powiedziano nam w jednej z tych lokalizacji, że jest to pierwszy w historii tego miasta koncert jazzowy. Pierwszy w historii miasta! Było to dla mnie bardzo interesujące doświadczenie. Publiczność na tym koncercie była bardzo skupiona i zaciekawiona muzyką. Oczywiście, zdarza się i tak, że przychodzą na koncerty ludzie, którzy nie są zbyt zainteresowani muzyką…

Lepiej, gdy ludzie biorą swoją kulturę, z której wyrośli i łączą ją z jazzem, niż wykonawcy, którzy zapoznali się powierzchownie z obcą tradycją i starają się aranżować ją na jazzowo

Wspominałeś o pieśniach kurpiowskich, a czy nie masz czasem ochoty na mały krok ku chińskiej kulturze ludowej w swojej muzyce? Będąc w Chinach, masz okazję poznawać tradycyjną kulturę, folklor?

Miałem okazję zetknąć się z chińską ludową muzyką. Nawet raz była mi taka sytuacja zaproponowana, żeby coś z nią zrobić, ale nigdy nic z tego nie wyszło. Z pewnością jest to interesujący temat, ale tradycyjna muzyka chińska jest dla mnie daleka stylistycznie i moje rozumienie tej muzyki jest tak znikome, że wolę się za to nie zabierać. Jestem przekonany, że jest masa muzyków chińskich, którzy wyrośli w tej kulturze, rozumieją ją i czują, którzy są w stanie połączyć jazz ze swoją tradycyjną muzyką. W podobny sposób myślę o tym, że dobrze się stało, że to Zbigniew Namysłowski nagrał Kujawiak Goes Funky. Lepiej, gdy ludzie biorą swoją kulturę, z której wyrośli i łączą ją z jazzem, niż wykonawcy, którzy jedynie zapoznali się powierzchownie z obcą tradycją i starają się już aranżować ją na jazzowo.

Masz rację, poszanowanie i znajomość tradycji jest kluczowa. Mówimy o relacji polski muzyk-chińska kultura, a przecież nawet wśród naszych polskich regionalnych kultur panuje duża różnorodność. Czasami słychać na płytach jazzowych muzyków, którzy zdecydowali się przygotować jazzowe aranżacje tradycyjnych melodii, że muzyk nie pochodzi z danego regionu, że z niego nie wyrósł i nie rozumie go, a przynajmniej, nie udało mu się wydobyć tego ludowego piękna. Dla kogoś, kto nie jest związany z tradycją, taka praca z folklorem ogranicza się do ciekawostki harmonicznej, czyli spłaszczenia istoty tradycyjnych pieśni do poziomu formalno-muzycznego i nie polega na wydobyciu z folkloru tego, co jest kluczowe, tego temperamentu, ducha… Zmierzam do tego, że rozsądne jest z twojej strony, że nie spieszysz się z podejmowaniem prób jazzowo-chińskich.

Też nie chciałbym powiedzieć, że jeśli jestem Polakiem, to mogę pisać tylko po polsku i koniec kropka. Muzyka jest z założenia zjawiskiem międzynarodowym i na pewno akurat w tej formie sztuki, wydaje mi się, że im więcej i częściej dochodzi do wymian kulturowych, tym lepiej dla samej sztuki. Natomiast jestem przekonany, że za parę lat usłyszymy znakomite projekty chińskich jazzmanów z chińską muzyką jazzowo-folkową i to będzie na pewno coś dużo lepszego, niż to, co ja bym był w stanie teraz napisać.

Zarzucam sobie, że jak mieszkałem w Polsce, to nie byłem tak aktywny w środowisku, jak mógłbym być

Rozmawiałam rok temu z profesorem Kułakowskim, u którego się uczyłeś w klasie kompozycji w Akademii Muzycznej w Gdańsku. Mówił tak pięknie o twoim pokoleniu… Zawsze podczas wywiadów z trójmiejskimi muzykami znalazł się czas na rozmowę o tym fenomenie jakim jest trójmiejska scena jazzowa. Duża bliskość i wzajemne wsparcie was charakteryzuje, nie było ci szkoda tego zostawiać? Chyba, że wciąż nieprzerwanie czujesz się częścią tego środowiska?

Tęskno jest mi ogromnie. Czy czuję żal, że opuściłem na jakiś czas tę scenę? Wydaje mi się, że nie. A raczej nie wyrzucam sobie tej decyzji, bo czuję, że tutaj też się rozwijam. Trochę w inny sposób niż tam, ale jak wrócę, to będę miał trochę więcej sobą do zaoferowania muzycznie, niż gdybym tej podróży nie odbył. Natomiast tęskno jest mi ogromnie. Mam nadzieję, że ktoś tam jeszcze, jak wrócę, będzie pamiętał, że kiedyś był taki Ciesielski, co grał na biało-czarnych i może uda się jeszcze na tej scenie zagościć. Zarzucam sobie, że jak mieszkałem w Polsce, to nie byłem tak aktywny w środowisku, jak mógłbym być. Chodzi mi o uczestniczenie w jam sessions itp. Byli ludzie, którzy robili to tydzień w tydzień, myślę teraz, że mogłem częściej bywać…

Ciekawe, bo sześć lat temu mówiłeś mi, będąc oczywiście jeszcze w Gdańsku, że nie bywasz na jamach, bo jesteś raczej typem, który woli zamiast wyjść, komponować w ciszy. Nawet jeśli podróż do Chin miałaby być tylko po to, by zobaczyć swoje dotychczasowe życie, kulturę (to, co powiedziałeś o pełniejszym zrozumieniu zjawiska polish jazz) z boku – to było warto. Nie byłbyś w stanie tego zobaczyć, będąc w Polsce.

Dokładnie. A rozmawiamy tylko o muzyce, a przecież jest jeszcze masa pozamuzycznych aspektów, które mogę dostrzec z innej perspektywy, będąc tutaj. Czuję, że pobyt w Chinach jest dla mnie dobry, z drugiej strony nie wyobrażam sobie dożycia tu emerytury, bo… tęskno.

Chcemy powiedzieć coś dobitniejszego naszą muzyką

Dziś spotykamy się przede wszystkim za sprawą najnowszego albumu Last Confusion Project, który ukazał się 29 października. Zapytam przewrotnie – co to za dekadencki nastrój? Szata graficzna, a co najważniejsze muzyka właśnie przywołują stan niepokoju, schyłkowości… choć w muzyce jest też cień nadziei…

Z życia! Rzeczywistość daje nam powody do przeróżnych zmartwień, choć staram się mieć pozytywne nastawienie… Nadszedł kiedyś taki moment, w którym stwierdziliśmy, że chcemy pisać muzykę o tym, że się idzie do lasu, jak to było w Primal. Teraz stwierdziliśmy, że chcemy, może nie wykrzyczeć, ale powiedzieć coś dobitniejszego naszą muzyką, a uważam, że żyjemy w czasach, których należy mówić o niektórych problemach w sposób dobitny. My jako artyści – choćby nie wiem jak niszowa byłaby nasza muzyka i do jak niewielu osób miałaby dotrzeć – mamy jednak poza swoim zwykłym głosem też ten głos artystyczny, którym możemy pewne treści przekazać. Jest to dobry moment, a i my jesteśmy na tyle już dojrzałym składem, by móc zmierzyć się z ciężką tematyką w sposób odpowiedni dla niej. Głównie ta płyta traktuje o stanie naszej planety – problematyce kryzysu klimatycznego, wszystkich aspektów z tym związanych. Mówi się o tym coraz więcej, ale robi się wciąż zdecydowanie za mało. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji, ja też nie jestem pewny czy zdaję sobie całkowicie sprawę z powagi sytuacji, czy ktokolwiek sobie zdaje… niemniej jest to coś, o czym należy mówić i na co warto zwracać uwagę. Last to taki nasz mały manifest w tej sprawie. Stąd też tytuł – taki dekadencki, jak mówisz. Chociaż ma dwa znaczenia – „last” jako coś „ostatniego”, ale także w formie czasownika oznacza „trwać”. W dobry sposób określa punkt, w jakim jesteśmy – możemy albo zakończyć jakąś rzeczywistość, albo zrobić coś, żeby ta rzeczywistość trwała…

Zastanawiam się nad decyzyjnością, którą niejako stawiasz w tytule. Czy faktycznie wierzysz w naszą sprawczość – naszą, czyli jednostek w obliczu wielu lat zniszczeń, jakie ludzkość wyrządziła Ziemi, naturze, ale i drugiemu człowiekowi? Czy faktycznie wierzysz w możliwości jednostki? A może jest to piękna idea, której miło się trzymać dla samego samopoczucia i ogłuszania sumienia?

Trochę tak, trochę nie. Na pewno nie wierzę w to, że uda się zatrzymać kryzys klimatyczny w pojedynkę lub poprzez wprowadzenie papierowych słomek. Uważam, że rozwiązania te muszą być realizowane na płaszczyźnie systemowej. Ale z drugiej strony, nie uważam, że samemu nie trzeba nic robić. Oczywiście jako jednostka nie mogę nic wielkiego zdziałać, ale równocześnie nie zwalnia mnie z obowiązku robienia tego, co mogę.

Jasne, tym bardziej, że działania jednostki jako konsumenta mogą wywrzeć presję na większych koncernach, co już obserwujemy. Nie bez powodu pytam, bo w waszych działaniach muzycznych także towarzyszyły realne kroki ku poprawie środowiska czy ogólnie rzeczywistości, przyłączyliście się rok temu do projektu Tree Nation, dzięki któremu wsparliście akcję zalesiania. Przyłączenie to pokazało, że artysta nie tylko może muzyką komentować lub edukować, ale realnie działać. Podobnie było z drugą płytą The Future Starts Now – oprócz refleksji intelektualno-muzycznej, częściowy dochód ze sprzedaży płyty trafił do Polskiej Akcji Humanitarnej. Czy zatem waszą ideą tworzenia muzyki nie jest samo jej tworzenie, ale realne działania, które towarzyszą tym twórczym?

Wiadomo, że nasze działania to kropla w oceanie tego, co trzeba zrobić, ale zawsze coś. Idea tworzenia muzyki jest chyba ideą tworzenia muzyki po prostu, a działania są obok. Rozdzieliłbym te dwie rzeczy. To nie jest tak, że piszemy muzykę, by wspierać konkretną akcję, a dlatego, bo czujemy, że nasza muzyka może być dla kogoś wartościowa. Muzyka jest czymś bardzo ulotnym, czemu bardzo trudno nadać wartość. Czasami pojawiają się we mnie myśli, czy to, co robię ma w ogóle jakąś wartość, a jeśli ma, to jaką i czy komuś to jest potrzebne. Jakbym był piekarzem, to dzięki mnie ktoś byłby najedzony, a więc to, co robię byłoby wymierne. A bycie muzykiem jest totalnie abstrakcyjne. Czasami mnie to trochę, powiem ci szczerze, dołuje i ciężko chwilami sobie z tą myślą poradzić. Więc odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie, w tym sadzeniu drzewek i w Polskiej Akcji Humanitarnej jest też taki egoistyczny pierwiastek, próby nadania też pewnej wymiernej wartości temu, co robimy. Przyznaję się! Ale mam nadzieję, że to nie jest dominująca motywacja.

W żadnym wypadku nie oceniam motywacji, najważniejsze, że za przekazem artystycznym stoją także działania realne. W Last kierujecie ucho, czyli myśl słuchacza w stronę klimatu, ekologii. Już poprzedni album Confusion Project Primal był zaproszeniem do obcowania z naturą, choć w innym kontekście…

Tak, w zupełnie innym kontekście. Lubię mówić coś muzyką. Mam znajomych, którzy potrafią napisać znakomity utwór i nazwać go po prostu Etiuda A-dur. Dla mnie taka forma pisania kompozycji jest o wiele trudniejsza, łatwiej jest mi pisać, gdy mam jakieś przełożenie pozamuzyczne. Wtedy jest to opisanie językiem muzyki czegoś, co mnie fascynuje czy niepokoi. Pomysł na płytę z naturą – Primal wziął się w zasadzie z tego, że chcieliśmy stworzyć coś innego pod względem formalnym. Stworzyliśmy koncept album, na którym każdy następny utwór jest konsekwencją poprzedniego lub wręcz jego kontynuacją, jest pewna ciągłość myśli. Przyroda była naturalnym wyborem, bo po pierwsze jest dla mnie istotna, a po drugie – istnieje długa tradycja w muzyce nawiązywania do niej. Takim wzorcowym przykładem jest Symfonia Alpejska Straussa, która opiera się na koncepcji opisu przyrody, niesamowite dzieło muzyczne. Ta ilustracyjność w kontekście natury daje bardzo duże pole manewru dla kompozytora i wykonawców podczas improwizacji. W Last także każdy następny utwór wynika z poprzedniego w jasny sposób, ale już na innej zasadzie.

Okoliczności nagrania albumu Last spowodowane były bezpośrednio pandemią – dosłownie utknęliście na dłużej w Polsce z żoną, dlatego miałeś czas i możliwość nagrania płyty z chłopakami z Confusion Project.

Tak, mieliśmy dzięki pandemii więcej czasu, powstała na skutek siedzenia pół roku w sali prób, bo nie było nic innego do roboty (śmiech). Jednak przede wszystkim, pomijając ten pragmatyczny czynnik, w 2020 roku towarzyszyła wszystkim ta dekadencka aura, ona spowodowała, że Last powstał w takiej postaci. Dorzuciła ona oliwy do ognia i pozwoliła nagrać te utwory z żarliwym zaangażowaniem i emocjami.

Jak było wrócić, grać ponownie z Confusion Project, pracować nad płytą? To ten rodzaj przyjaźni, że potrzebny jest przynajmniej kwadrans, żeby się do siebie przyzwyczaić na nowo, dotrzeć do siebie czy odwrotnie, jakby tego okresu rozłąki nigdy nie było?

Są tacy przyjaciele, z którymi trzeba się najpierw troszkę dotrzeć i są tacy, z którymi, gdy się spotkasz po dwóch latach, to zaczynacie rozmawiać od momentu, w którym skończyliście ostatnio (śmiech). Z chłopakami tak właśnie było – jak zagraliśmy po raz pierwszy w 2020 roku, to od razu poczułem, że jestem w domu! Oczywiście, jak jestem w Chinach, to i tak mamy kontakt ze sobą, rozmawiamy, przesyłamy sobie nawzajem różne inspiracje muzyczne.

Jaki masz teraz stosunek do planowania swojej przyszłości, ścieżki kariery w tak niepewnych czasach?

Ogółem pozytywny. Jednak ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie w pełni, ponieważ mieszkając w Chinach, moje życie zawodowe niemal nie ucierpiało. Chiny bardzo szybko poradziły sobie z pandemią i aktualnie nie odczuwam większych skutków tego kryzysu. Zgoła odmiennym doświadczeniem może się podzielić artysta w Polsce, który ma za sobą wiele odwołanych koncertów i tras… Zdaję sobie sprawę, że jestem niebywałym szczęściarzem, będąc muzykiem, który mieszka w Chinach w czasie pandemii.

O, to zaskakujący paradoks na koniec rozmowy, że w Chinach jest najspokojniej pod względem pandemicznym…

Fot. Bartosz Kołaczkowski

[1] Poprzednia rozmowa ukazała się w JazzPRESS, nr 11/15, s. 93-97.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze